wtorek, 9 czerwca 2015

I tak sobie życie płynie...

Coś z tym blogowaniem mi jakoś nie idzie... Trochę szkoda, bo założenie było takie, że piszę na pamiątkę tego co czuję jako matka...
Nie wiem czy faktycznie Marysia będzie chciała tu kiedyś zajrzeć, może tak... Jeśli tak to będzie jej może smutno, że tak mało o niej pisałam.
A ona już taka Pannica. 19 miesięcy życia na tym świecie! Z czego 9 w Polsce, a 10 w UK.
Nie wiem czy zostaniemy tu na zawsze. Jeśli tak, ile polskości zostanie w mojej córce? Czy będę potrafiła opowiadać jej pięknie o kraju, z którego uciekałam z ranami skomląc jak pies?...
Co jeśli Szkocję pokocha bardziej? Co jeśli za kilka lat będziemy chcieli wrócić?
Nie wiem. Jak zwykle zresztą.
Wiem tylko tyle, że na razie do Polski nie mamy po co wracać.
Wiecie życie na obczyźnie bywa dziwne.
Z jednej strony mijasz codziennie na ulicy setki ludzi, którzy skądś wyemigrowali. Szkoci uśmiechają się do ciebie, prawie wszyscy zadowoleni z życia.


Z drugiej strony gdzieś przeczytałam wpis jakiegoś angola pod filmikiem dziewczyny, która doradzała jak nauczyć się angielskiego, coś w sensie "kolejny polak, spierdolilibyście może do Niemiec a nie do UK". Głupek nie ma pojęcia, że spierdalamy gdzie się tylko da.

Czasami żyje się tu łatwo, czasem trudniej. Zaczęłam pracować 4 dni w tygodniu w hotelu. Czasem tęsknie za Marysią. Ale może to uczyni ze mnie lepszą matkę, bo się po teraz tak na nią nie denerwuje, a raczej napatrzeć i nadziwić się jej nie mogę :)

A jest zajebista. Kochana rozrabiaka. Twarzyczka aniołka, a charakterek diabełkowy ;)


Moja Perełeczka :) Zawsze chciałam mieć taką córeczkę. Dziękuję Ci losie...

poniedziałek, 16 lutego 2015

Chory kraj...

Wiecie co... nie wiem jak Wy żyjecie, jakie macie domy, ubrania, ile pieniędzy na koncie. Czy macie wsparcie w rodzinie, czy do wszystkiego dochodziłyście same. Czy nie macie nic...

Ja odkąd zdałam maturę zaczęłam zarabiać na siebie sama (jeszcze roznosiłam ulotki mając 16 lat, ale to co zarobiłam starczało zaledwie na jedną bluzkę i błyszczyk ;)). Całe moje życie to była szarpanina. Poznałam na własnej skórze co to znaczy ciężka praca (czytaj: zapierdalać).
Większość życia spędziłam na stażach, projektach, umowie na zastępstwo. To co zarobiłam nigdy nie wystarczało. Opłacenie studiów, zapłacenie czynszu i odstępnego wykańczało mnie finansowo.
Ale nie chciałabym się teraz nad sobą użalać, całe życie tego nie robiłam, więc i teraz nie będę, ale chcę Wam o czymś powiedzieć...

Może nie każdy Wam to powie w dziwnej obawie, że sam straci to co ma, ale ja Wam powiem. Tylko za chwilkę.

Teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: Wstajecie rano i podkręcanie ogrzewanie gazowe w trzypokojowym wynajmowanym mieszkaniu, bo stwierdzacie, że jest za zimno. Nawet przez moment nie pojawi się myśl "Matko za co ja to zapłacę". Włączacie telewizor bez obaw, że nie wystarczy na światło, bo płacicie jakieś 5 zł za tydzień używania prądu.
Idziecie do sklepu kupić coś do jedzenia. Suszone owoce, świeże owoce, warzywa na jakie tylko Wam przyjdzie ochota, nabiał, mięsko, łososia, jogurciki. Cały koszyk jedzenia i to nie byle jakiego, a przy kasie pani każe zapłacić ... 20 zł :)
A ta bluzka co to ostatnio wpadła Wam w oko, ile kosztuje? 10 zł. Nowe spodnie z oryginalnej niebylejakiej firmy? Proszę bardzo - 14,99. A no i coś dla dziecka. Spodenki za 4 zł? Bluzeczka za 1,50 zł? Proszę bardzo.
Wyobrażacie sobie takie życie? Macie takie życie w Polsce?
Ja nigdy nie miałam.
A teraz mam.
Tak sytuacja przedstawia się w UK.
Tylko mój mąż pracuje. Fakt, że zapierdala czasem po 16 godzin, ale czasem pracuje 8 i na wszystko wystarcza. Dosłownie na wszystko.

Żegnaj Polsko, witaj Wielka Brytanio, Królowo Elżbieto i spokoju, którego tak długo na próżno szukałam w swoim pięknym rodzinnym kraju.

Tak, mówiąc "chory kraj" myślę: Polska.

Nie wiem czemu w Polsce nie może być tak jak tu. Bardzo nad tym ubolewam i żyję nadzieją, że kiedyś się to zmieni. Wczoraj trafiłam na ten filmik. Może coś w tym jest...

wtorek, 27 stycznia 2015

Rozpieszczaj się zrowiem!

Jak wiecie od jakiegos roku jestem na diecie. Jednak w sumie musze chyba przestac nazywac tego "dieta", bo to po prostu zdrowe odzywianie.

Kiedy urodzila sie Marysia a ja karmilam piersia jadlam oczywiscie same zdrowe rzeczy, nic smazonego itp. Jednak po malutku zaczelam ja probowac, czy ma na cos uczulenie. Czekoladki, paczusie... No i sie zaczelo. Zarlam jak swinia. W sumie to wszystko. Jednak strasznie zle sie wtedy czulam. Ciagle spiaca, zmeczona... A tu dziecko trzeba bylo nosic, usypiac, zabawiac.
Nie czulam sie na silach sprostac wszystkim wymaganiom jakie stawiala przede mna Maryska.

W koncu decyzja: trzeba sie za siebie wziac. Chcialam tez pozbyc sie brzucha, bo wygladalam jakbym ciagle byla w ciazy. Czasem balam sie, ze ktos mnie zaczepi i zapyta kiedy ten porod... ;/

Od kiedy przeszlam na diete (jak kiedys pisalam 1000-1200 kcal) staralam sie jesc same zdrowe rzeczy. Zobaczylam efekty. Mialam wiecej sily, zaczelam czesciej sie usmiechac, chcialo mi sie aktywnosci, dawalam rade swojemu dziecku :)

Jednak nie jestem taka bez winy znowu... W swieta jadlam wszystko I ile wlezie. Potem mi bylo wstyd przed sama soba, ale zrozumialam jaka krzywde mozna wyrzadzic sobie samym jedzeniem.
Chodakowska kiedys powiedziala: "Jedzenie moze byc albo trucizna albo lekarstwem. Wybor nalezy do ciebie."
Zgadzam sie z tym.
Teraz wiem, ze zdrowe odzywianie jest pyszne. Wlasnie skonczylam jesc przepyszna salatke (salata lodowa, oliwki, pomidorki koktajlowe, avocado, ser feta, szczypiorek i troszke kaszy jaglanej - pyyyychaaaaa :)) I kiedy ja jadlam pomyslalam sobie, ze sie tym jedzeniem rozpieszczam: pyszne i zdrowe, wiec jestem dla samej siebie dobra (az nadto) i to super uczucie jest :)


Ps 1. Tytul mojego posta bylby niezly jako haslo reklamowe jakiegos zdrowego i przepysznego produktu, nie sadzicie? ;)

Ps 2. Pewnie troche jest denerwujace czytanie tekstu bez polskich znakow prawda?... Przepraszam za to, ale chyba jedynie wgranie polskiego system rozwiazalo by ten problem...

sobota, 24 stycznia 2015

Jak ma byc idealnie to ma byc idealnie

Nie no laptop trzeszczy i to chyba glosnik... :( Ide go jutro wymienie, nie bede sie tu godzic na polsrodki.
Szkoda kurcze, ale wiedzialam, ze to tak sie skonczy. Nie moglo byc przeciez za pieknie. Eh te zlosliwosci losu. Tego banana co to go mialam jak wracalismy ze sklepu z laptokiem w rece musial mi ktos z buzi wyjac.

Oczywiscie przezywam to, bo inaczej sie nie da. Jestem HSP I tego nie zmienie. Hmm... To moze skoro spac mi sie jeszcze nie chce, a reszta juz kima to cos o nadwrazliwcach Wam napisze.

Pozwolcie, ze bede pisac nie "nadwrazliwcy" tylko HSP (Hihgly Sensitive Person) bedzie szybciej i wygodniej.

http://hsperson.com/

Oto strona, ktora moze zainteresowanym tematem troche pomoc. Jest tam duzo informacji oraz tytuly ksiazek, jakie napisala autorka tej strony o HSP. Ta babeczke (doktora i psychologa) kojarze z czasow studiow, kiedy to wspieralam sie jej dzielami z psychologii piszac prace najpierw licencjacka potem magisterska. Jest szanowana i powazana wsrod polskich psychologow (przynajmniej tych, z ktorymi ja mialam zajecia).

Pani Aron zbadala wielu HSP-ciakow ;) i okazalo sie, ze nasza nadwrazliwosc nie jest niczyja wina. Tzn. jest wina naszego inaczej zbudowanego mozgu. Podobno 20% calej populacji na swiecie to HSP. Podobno tylez samo kobiet jak i mezczyzn.
Podobno nasz uklad nerwowy jest tak zbudowany, ze wszystko u nas sprowadza sie do uczuc. Kiedy wykonywano badania na osobach, ktore byly HSP i na normalnych i pokazywano te same obrazki jednym i drugim (oczywiscie monitorowano w tym czasie prace mozgu) to okazalo sie, ze nawet przy takich obrazkach, ktore nie powinny angazowac miejsc odpowiedzialnych za uczucia to u HSPciakow jednak te miejsca pracowaly. A te obrazki, ktore i u normalnych ludzi (hmm dziwnie to brzmi, powiedzmy nie HSP) wywolywaly uczucia to u nadwrazliwcow czesci mogzu odpowiedzialne za uczucia pracowaly silniej i wieksze rejony do tej pracy angazowaly.

Co to oznacza dla mnie?
To, ze moge przestac sobie zarzucac, ze jestem jaka jestem. To ze nie bede na sile zmieniac czegos czego zmienic nie moge. To, ze musze dostac te ksiazki i je przeczytac, zeby nauczyc sie z nadwrazliwoscia radzic (radzic, a nie wyeliminowac).

Strona, ktora Wam podalam jest w jezyku angielskim. Mysle, ze wiele z Was ten jezyk kojarzy, wiec na pewno cos tam wylapie, a jak nie to google translator :) On tlumaczy w caly swiat, ale cos tam zawsze sie zrozumie.

W jezyku polskim ubogie sa informacje na temat nadwrazliwosci. Podobno ostatnio dopiero psychologia sie tym zajela, wiec jest nadzieja ze to wkoncu rozkminimy :)

Jeszcze napisze na pewno o tym co wyczytalam na temat HSP, ale to innym razem. Pozdrawiam wszystkie HSP i nieHSP :) Dobranoc :*

Ps. A tutaj moja corenka :) tak teraz wyglada. Buziaczki dla blogowych Cioc



To mowisz mamo, ze nie dam rady dostac sie do choinki? No to patrz! ;)

wracam do normalnosci

Teraz to juz od blogowaia trudno bedzie sie wywinac :) kupilismy dzis laptopa :))
niestety wszystko po angielsku, wiec polskich znakow takze zrobic nie moge.
Piekne to uczucie, kiedy idziesz sobie do sklepu i kupujesz laptopa jak chleb. Bez rat, bez abonamentu, bez zadluzania sie. Wspaniale to uczucie...

I wszystko byloby wspaniale, gdyby nie fakt, ze slysze jak ten laptop chodzi... Jestem kompletna noga w tych sprawach moj maz tez sie takimi rzeczami nie zajmuje, a to nasz pierwszy laptop w zyciu. Prosta jestem wiem, ale zastanawiam sie czy tak powinno byc... Wasze laptopy tez slychac, ze chodza? Nie wiem czy to normalne i czy isc wymieniac na inny...

poniedziałek, 19 stycznia 2015

co tam u nas

Z pisaniem bloga jest jak z dietą, na początku trudno się zdyscyplinowac, potem wpada się w rytm, a jak się zrobi przerwę to trudno znów sie zmobilizować.
Wiele raz siadałam do napisania posta, ale albo było za dużo rzeczy o których chciałam napisać, albo mnie wkurzal ten tablet, bo się zawieszał i wszystko co napisałam znikało.
Jeśli jesteście ciekawe co tam u Marysi to uprzejmie donosze, ze sama już w końcu chodzi :-) pierwsze próby pojawiły się jakiś czas temu jednak Mała zawsze dochodziła do wniosku, ze najszybciej dostanie się z puntu A do punktu B raczkujac albo idąc przy meblach. Jakiś miesiAC temu postawiła pierwsze kroczki i od tego momentu szło jej coraz sprawnej.
W zasadzie nie martwiłam się aż tak bardzo tym, że Marysia nie zaczęła chodzić gdy minęła magiczna liczba 12 w miesiacach życia, ponieważ mąż mój też zaczął chodzić mając 13-14 miesięcy oraz jego siostrzenica, z którą mieszkalismy w Polsce też zaczęła dopiero chodzić jak miala 15-16 miesięcy. Pomyślałam, ze to pewnie rodzinne. A obserwując właśnie siostrzenice męża próżno było szukać braku inteligencji w tej małej osobce i całkowicie nie można było stwierdzic jakiegos spowolnienia rozwojowego mimo iż tak późno zaczęła chodzić, a i raczowac nie umiała.
 Oprócz tego Marysia jest kochana i wspaniała, a ja nadal nadziwic sie nie mogę, że ją mam...
Uwielbiam kazdy jeden poranek, kiedy po tym jak budzi mnie ból wyrywanych przez nia włosow z mojej obolałej niewyspanej glowy, ja otwieram oczy, a ona obdarowuje mnie usmiechem od ucha do ucha i krzyczy z radosci, ze udalo jej sie wyciagnac mnie tymi jakze niekonwencjonalnymi metodami z ramion Morfeusza... :-)
Uwielbiam, kiedy słyszę (nie wiem sama czy to krzyk czy spiew ;-)  "mama mama mama mama" podczas ulubionej bajki, gdy cos ode mnie chce, gdy sie bawi, gdy jest spiaca...
Uwielbiam byc mama Marysi :-)

A kiedy ludzie obserwuja ja np. jak idzie sama w galerii handlowej (sama wybiera trase) ja tylko "obstawiam jej tyły" :-)  i słysze: "She's lovely" albo "she's beautiful" to duma mnie rozpiera.

A jeśli chodzi o mnie...
Tesknie za Polską. Czasem bardziej, czasem mniej.
Mąż mój nie tęskni tak jak ja. Kiedy widzi mnie płaczącą z tego powodu zaczyna przypominac mi jakie mieliśmy tam życie i jakie perspektywy. I zawsze ma racje...
Tesknie za moja sunią, której jeszcze nie mogę tu ściągnąć.

Dowiedzialam się, dzięki czytaniu anglojęzycznych stron, że jestem HSP (highly sensitive person) - osobą nadwrazliwa. To znaczy ja od dłuższego czasu zdaje sobie sprawę, ze taka jestem, kiedyś tu nawet o tym pisalam, ale nie wiedziałam, ze to termin psychologiczny i ze wiele badan poczyniono w tym kierunku i napisano o tym kilka książek. Podobno psychologia zaczęła ostatnimi laty coraz więcej uwagi poswiecac temu zagadnieniu. Postaram się o tym czego się dowiedzialam i co znalazlam w necie napisać osobny post, może ktoś skorzysta :-)

Poza tym podoba mi sie życie w UK, ale o tym tez postaram się napisać kiedy indziej.
Pozdrawiam :-*

piątek, 19 grudnia 2014

z powrotem... :-)

Nie wiem od czego by zacząć... Może znaczne od tego, ze wylądowalismy w końcu za granica tak jak planowalismy. Wyjechał mój mąż, a po niespełna dwóch miesiącach my. Teraz układamy wszystko od poczatku w Szkocji. Poki co nie jest źle, ale nie zaklimatyzowalam sie jeszcze w pełni. Ale o tym może będzie osobny post. Naradzie chciałam się tylko krótko przywitac oczywiście jeśli ktokolwiek tu jeszcze zagładą, bo tyle czasu juz minęło... Póki co do dspozycji mamy tylko tableta, wczesniej nie pisalam bloga, bo w poprzedniej przeglądarce nie w czytywał się ani mój ani moje inne ulubione Wasze blogi. No cóż nie jestem geniuszem komputerowym, być może nawet przecietniakiem takze nie, bo dopiero przez przypadek kiedy zainstalowalam inna przegladarke okazalo sie , ze jednak mój blog i Wasze tez wczytuja się! To super, bo tesknilam za Wami i za blogowaniem :-) komputer przyszedł nam w paczce z polski, ale niestety potluczony cały inie działa :-(  ale to nic, teraz i z tablecikiem nadrobie blonowe zaleglosci. A widzę, ze pozmienialo się u Was... Pozdrawiam :-* :-* :-*

wtorek, 22 lipca 2014

Dla tych, które tu zaglądają...

Kochane... U nas straszne zmiany nadejszły...
Mąż wyjechał za granicę i szykuje nam gniazdko, żebyśmy mogły do niego dolecieć.
Nastał się ciężkawy dla nas okres...
Marysia ma dwie dolne jedynki. Jest wspaniała.
Ja nie mam całkowicie czasu dla siebie.

Moja córcia umie klaskać, kiedy mówi się jej "zrób kosi łapci". Kiedy powiem "pokaż jak tańczysz" wygiąga ręce do góry i macha nimi do góry i w dół. Przekręca się i wyciąga rączki po coś co chce (wsadzić do buzi) i jest to dosłownie wszystko. Często zdarza jej się zrobić "papa", przybija piątki, wydaje z siebie przeróżne dźwięki, "śpiewa", naśladuje moje odgłosy. Nienawidzi być sama w pokoju (jak same rozumiecie wypróżnienie się stało się problemem... w sensie nie Marysinowe wypróżnienie... ;/ ).
Ma prześliczny doniosły śmiech. Ma mnóstwo siły w rączkach i nóżkach. Leżąc w łóżku przekręca się o 360 stopni. Na pytanie "gdzie jest babcia", "gdzie jest piesio", "gdzie jest ciocia" przekręca głowę i patrzy na wskazaną osobę. Uwielbia "Shreka" i "Pingwinów z Madagaskaru" a także Eskę Tv (wyrosła już z polo tv, na moje szczęście) :)

Dla zaglądających tu blogowych Cioć (jeśli jeszcze takowe są) wstawiamy kilka zdjęć i ślemy całuski.

Ps. 8 sierpnia Marysia skończy 9 miesięcy... Dacie wiarę?! Kiedy to kuźwa minęło...








czwartek, 26 czerwca 2014

O Chodakowskiej, odchudzaniu i byciu mamą w związku z tym

Czy mam prawo do swoich potrzeb od kiedy na świat przyszła Marysia?
Mam.

Czy mam prawo myśleć o sobie?
Tak.

Czy mam prawo do swoich własnych marzeń?
Uważam, że tak.

Czy mam prawo wyglądać pięknie, mimo iż byłam w ciąży co spowodowało powiększenie kilkukrotne brzucha i zwiększenie liczby kilogramów na całym ciele?
Oczywiście. Mało tego mam prawo wyglądać piękniej niż przed ciążą, żeby dziecko zachwycało się urodą matki tak jak matka zachwyca się urodą dziecka.


Dziś na funpage'u Ewy Chodakowskiej poczytałam komentarze matek, które zastanawiają się ile mogą zrobić dla siebie...

Kobieta, kiedy zostaje matką przestaje myśleć o sobie, w sensie takim, że jest już nie "ja"  tylko "my". Tylko czasem łatwo przesadzić. Chyba w zdroworozsądkowym rodzicielstwie nie chodzi o to, żeby się nie malować, nie dbać o swój wygląd, figurę, potrzeby duchowe. Nie dbanie o nie powoduje, iż stajemy się coraz bardziej nieszczęśliwe. 
Jednak kiedy ja postanowiłam się odchudzać miałam takie myśli, że to pochłonie zbyt dużo czasu, że za bardzo się na tym będę musiała skupić, że za dużo będę o tym myśleć, więcej niż o córce.

Dziś, po czterech miesiącach odchudzania i prawie 15 kg mniej, wiem że moje wątpliwości były całkowicie nieuzasadnione. 
Dieta ani ćwiczenia nie pochłaniają całej mojej uwagi, bo wszystko weszło w nawyk. Marysia jest moim numerem jeden. Teraz idąc na spacer jestem szczęśliwa, że mogę założyć ubrania o 2 rozmiary mniejsze, podobam się sobie i ogólnie jestem zadowolona i uśmiechnięta, co Mała moja odwzajemnia tym samym.

Odchudzania nie kończę, zresztą nie czuję jakbym się odchudzała. Po prostu zmieniłam produkty, które zjadam. Pasują mi, smakują, są pożywne i zdrowe i zapychające żołądek. Czuję się świetnie, nie chodzę głodna, chudnę. Poza tym opieka nad Marysią (chodzenie na spacery, noszenie jej na rekach, tańce w rytm Eski tv) robi swoje :)

Nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że o siebie dbam. Uważam, że "szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko". Każda matka powinna wyryć to sobie na czole.
Jednakowoż problem pojawia się gdy szczęście matce może dać tylko półroczna wyprawa dookoła świata....
Dzięki Bogu takich marzeń nie mam. A Wy? Zdecydowałybyście się na taką wyprawę, gdyby to było Wasze największe marzenie?...

piątek, 20 czerwca 2014

Na chwilę

O kurcze długo nas tu nie było...
Piękna pogoda sprawia, że całe dnie spędzamy na podwórku bądź spacerach, więc w zasadzie często ostatnio jest tak, że nawet komputera nie włączam. Ale na moje ulubione blogi staram się zaglądać, nie zawsze pozostawiam ślad w postaci komentarza, bo akurat wtedy Marysia najbardziej mnie potrzebuje zazwyczaj ;)

U nas 8 czerwca minęło 7 miesięcy. Nie będę pisać "o rety", "o mamuśku" czy "o rany jestem mamą" :D Choć faktycznie nadal czasem uwierzyć w to nie mogę. Może kiedy moja córcia będzie poważną ośmiolatką potrząśnie mną i powie: "Mamo helloł masz córkę!" to jakoś łatwiej będzie w to wszystko uwierzyć i ogarnąć.
A skoro o ogarnianiu... Nie wiem czy można mi się dziwić, że macierzyństwa nie ogarniam skoro ja nie ogarniam świata...
Naprawdę, nie rozumiem chyba praw rządzących w świecie. Albo nie chcę się im podporządkować.
Albo jestem za głupia na życie...

I tym optymistycznym akcentem muszę kończyć, bo dziecinka mi wstała i woła mnie właśnie. Dla blogowych cioć przesyłamy całuski i pozdrowienia i pokazujemy jak mała pannica teraz wygląda :*


sobota, 24 maja 2014

Dumna matka

Chciałam się pochwalić, że moje dzieciątko samo siedzi i to od ponad tygodnia :)
Poza tym wprowadziła nowy repertuar "słów". Teraz na topie jest "tatatatata", "babababababa", "batata", "lababa" i parę innych zajebistych marysiowych wyrazów. A ma taki fajny głosik... 

Ale mi dziecko rośnie. A dopiero co z brzucha wyciągnęli...


środa, 14 maja 2014

Przeklęta nadwrażliwość

Są tacy ludzie, którzy czują bardziej...

Co to znaczy? To znaczy, że kiedy na przykład jakaś informacja zazwyczaj zła czy smutna (te są najsilniejsze) dociera do mózgu takiego nadwrażliwca to ją przetwarza w sekundę i czuje ją całym sobą. Oprócz tego przeżywa wszystko. Kiedy przesoli zupę, kiedy źle umyje łyżkę. Analizuje wszystko co powiedział. Czasami jakieś słowo, które zostało przez niego wypowiedziane dręczy go i nie może zasnąć zastanawiając się czy dobrze zrobił mówiąc coś czy nie. Dręczą słowa wypowiedziane i niewypowiedziane. Dręczą czyny jego oraz innych. Kiedy ktoś robi błąd on czuje jakby to on zawinił. Kiedy kogoś spotka nieszczęście, on czuje jakby jego spotkało.

Myślicie, że bycie nadwrażliwym jest fajne? Tak, czasami jest fajne. Kiedy przeżywa się mocniej rzeczy złe, przeżywa się równie silnie rzeczy dobre. Taki nadwrażliwiec potrafi zachwycać się głupim kwiatkiem, tęczą, słońcem, deszczem. Wyprawa do Zoo jest fascynująca, jak wiele rzeczy, które przez  innych "normalnych" ludzi uważane są za banalne. Jednak mimo to nadwrażliwiec ma przesrane. Nie może posłuchać w spokoju wiadomości z kraju, a szkoda. Dobrze byłoby wiedzieć co dzieje się w państwie, w którym się mieszka.
Jednak tam jest tyle złych wiadomości. Przykład świeżutkiej informacji z dzisiejszych "Faktów": rodzice półrocznej córeczki za radą jakiegoś znachora karmili ją tylko wodą i kozim mlekiem, co spowodowało śmierć dziewczynki. Jezu! Puścili nagranie jak matka dzwoniła na pogotowie, kiedy dziewczynka była już martwa. Matko...
Wiecie co czuje nadwrażliwiec wtedy? Widzi siebie jak by to on był na miejscu tej matki. Widzi dokładnie całą sytuacje, wyobraża sobie to wszystko jakby to on tak uczynił i jakby on zrobił krzywdę swojemu dziecku. Siedzi i płacze. 

Tak, to ja. To ja tak przeżywam. 
Kiedyś pewna moja koleżanka (już nią nie jest na szczęście) powiedziała mi: "Przejebane jest być tobą". Nie było to zbyt wspierające. 
Jeszcze jakbym mogła tą wrażliwość gdzieś wykorzystać, w malarstwie czy muzyce. Malować nie umiem, a na gitarze podstawowe chwyty, więc w zasadzie gówno umiem. No cóż... Taki los...

Jeszcze chciałam wspomnieć a propos mojej nadwrażliwości to u nas (w życiu moim i Marysi) wydarzyło się parę rzeczy. Wczoraj po raz pierwszy się poparzyła (złapała za ziemniaki z gorącego talerza jak szwagierka przechodziła w kuchni). Matko jak ona płakała, a ja razem z nią. Bardzo się bałam, że będzie miała jakieś bąble i że to bardzo będzie bolało. Nie raz sama coś se tam poparzyłam, więc wiem co to za ból. Wszyscy domownicy to widzieli i po raz kolejny wyszłam na walnięta żonę swojego męża. Poza tym dziś byliśmy na szczepieniach. Marysia płakała okropnie, ale ja za to tym razem się trzymałam i nadal trzymam. A z tych dobrych rzeczy (w końcu!:)) Mała zaczęła mówić mama :D Tym razem to nie żart. No i wiadomo, że nie używa tego słowa kiedy ode mnie coś chce tylko tak se gada "mamama", "ma", "mama". Ale radochę mam niezłą i duma mnie rozpiera :)

Pozdrawiam wszystkich nadwrażliwców! :)



niedziela, 11 maja 2014

Śmiech to zdrowie

Pół roku rozwoju za nami. Czas pędzi niesamowicie, a ja nadziwić się nie mogę jak moja córcia zmienia się z każdym dniem. Nie siedzi jeszcze sama, tzn. nie siedzi wyprostowana tylko leci troszkę na nóżki bawiąc się stópkami, no i z oparciem siedzi. Oprócz tego, że jakiś czas temu odkryła, że ma stópki i że duży palec smakuje najlepiej to wkłada do buzi wszystko co ma w ręku. Bardzo intrygują ją piloty od tv i nasza suczka, która już na wyciągnięte ręce i głośny śmiech Marysi ucieka na drugą stronę pokoju :) 

Zresztą doprowadzić do śmiechu Małą może dosłownie wszystko co jest wspaniałym doświadczeniem i potrafi w sekundę poprawić humor. Nie wiedziałam, że dziecko może się tak głośno i donośnie śmiać. Uwielbiam to i mogłabym słuchać Małej Chichotki non stop.

Marysia uwielbia reklamy ekodzieciaki.pl :) Dzięki nim mogę bez płaczu ją ubrać, przebrać, obciąć paznokcie i prawie wszystko z nią zrobić :)

Panienka moja pięknie piszczy. Och jak ona piszczy... aż bębenki pękają... ;) 
Poza tym śpiewa, gada, pluje, zaczepia krzycząc "e". No i zawodowo wyrywa włosy... I w ogóle tarmosi tymi swoimi małymi rączkami czasem dość boleśnie. Śmieję się z mężem, że ta jej miłość do nas to trochę jednak boli...

Ząbków niby nie widać... Ale boję się tego, zresztą czego ja się nie boję ;P

Córeńka moja wciąż ucina sobie półgodzinne drzemki. Właśnie jedna się skończyła i muszę już zakończyć pisanie, bo Mała się coś bardzo spina, chyba będzie kupka... A propos kupki, pamiętam jak doświadczone mamy na blogach pisały, że ten temat zajmuje dużo miejsca w rozmowach... U nas nie jest inaczej. Nie wiedziałam, że można bardzo poważnie i długo o gówienkach rozmawiać, ale na szczęście głównie w mężem :)

czwartek, 8 maja 2014

O rany jestem mamą! Czyli pół roku za nami... :)

Wiem, że jestem nie do końca ogarnięta z tym całym macierzyństwem i pewnie się powtarzam, ale naprawdę nie mogę w to jeszcze wszystko uwierzyć...
Jakby nie patrzeć to wiele lat żyłam bez dziecka, więc nieco przyzwyczaiłam się do takiego stanu rzeczy.

Albert Einstein powiedział: "Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: albo tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko."
Osobiście skłaniam się ku temu drugiemu i wbrew pozorom nie ma to nic wspólnego z chrześcijaństwem czy jakąkolwiek inną religią.

Od momentu kiedy ujrzałam dwie kreski na teście ciążowym poczułam magię. Każdy kolejny dzień i tydzień z brzuszkiem był niesamowity. Nastąpiło przewartościowanie świata. Jak tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży to Marysia była dla mnie najważniejsza. Od samego początku czułam, że to będzie dziewczynka. Nie mam nic do chłopców, ale strasznie się ucieszyłam, gdy na USG pani powiedziała: "To prawa, a to lewa warga sromowa"... Eh nie brzmi to najlepiej, ale tak to wyglądało. Ja dla pewności, że mąż zrozumiał zapytałam: "Czyli dziewczynka?", a na przytakującą odpowiedź aż zaklaskałam z radości :)

Wiecie... Od kiedy zdałam maturę szukałam głębszego sensu swojego istnienia. Spotkałam kilka mądrych ludzi na swojej drodze, z którymi mogłam się tym podzielić. Mój o wiele starszy kolega z byłej pracy widział te moje poszukiwania, nie wiem jak on to dojrzał, ale jakoś dojrzał. Kiedyś powiedział mi, że on miał tak samo. I pewnego dnia jakaś osoba, którą z kolei on darzył autorytetem powiedziała mu: "Ty szukasz i szukasz, a tu nie ma nic więcej. Nie ma nic więcej i nie będzie".
On jej w to nie uwierzył i przeżywał życie nadal szukając. Po wielu latach powiedział mi to samo: "M. nie ma nic więcej."

Kurczę nie wiem czy rozumiecie o co w ogóle mi chodzi... :)
Chodzi mi o to, żeby wiedzieć po co się żyje. Żeby czuć, że się żyje. Żeby znaleźć swoje miejsce na ziemi, swoją drogę...

Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że "to" kiedyś znajdę, że kiedyś "to" poczuję, że się spełnię.
I dopiero teraz, po tylu latach znalazłam to!

Zawsze chciałam mieć dziecko, ale "zawsze" to nie był odpowiedni moment. A to studia, a to praca, a to dupa. A teraz widzę jak to wszystko było nic nie warte. 

Teraz odnalazłam sens. Teraz wiem, że żyję. I nadziwić się nie mogę...

Moja córeczka, córeńka moja kochana. Jeśli będziesz to kiedyś czytać (jak będziesz na tyle duża Marysiu) to wiedz, że to dzięki Tobie wiem po co żyję i dopiero teraz tak naprawdę chcę żyć. Jesteś najlepszą "rzeczą", która mnie kiedykolwiek spotkała i mogła spotkać.

Mogłabym pisać i pisać o tym jakim cudem jest wszystko co jest związane z Marysią, ale chyba nikomu by się tego czytać nie chciało... :)

Napiszę jeszcze tylko o tym, że córeńka moja kończy dziś PÓŁ ROKU! 
Pół roku...

O tym co potrafi i jaka teraz jest napiszę w następnym poście, a dla ciekawych Marysinowego wyglądu zamieszczam zdjęcia :)




poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Refleksyjnie

Wszystko przez tą pogodę. Dosyć, że leje to jeszcze pada ;/

Taka aura zmusza do rozmyślań. 
Rozmyślań, na które na całe szczęście mam stosunkowo mało czasu dzięki Marysi. 
No ale dziś mnie dopadło.

Co w życiu jestem w stanie osiągnąć? Co faktycznie osiągnę?
Czy Bóg istnieje? Jesteśmy efektem jego dzieła czy może darwinowskiej ewolucji?...

Co dziwne, nie dopadają mnie pytania typu: czy dobrze wychowam Marysię... Tzn. akurat dzisiaj nie dopadają :)

Nie wiem... jakiś taki smutek mnie ogarnia...

Chyba za dużo się wiadomości naoglądałam. Są dni, kiedy w tv oglądamy  prawie non stop bajki, albo kanały muzyczne (w tym polo tv, które usypia moją córeczkę w 10 min.! Nie wiem o co chodzi, ale jak Marysia jest marudna i nie chce mi usnąć to włączam polo tv, a tam pokaż majtki, pokaż biust, pokręć tyłkiem i tym podobne teksty i dziecko mi zasypia :)) wtedy mam w miarę dobry humor. Kiedy natomiast oglądam wszystkie programy informacyjne po kolei, nasłucham się o kolejnych wypadkach i tragediach, albo posłucham znowu Jarka prezesa bądź innego polityka to jakoś tak życie ze mnie uchodzi...

No i tak zostaję z tymi egzystencjalnymi pytaniami, na które najprawdopodobniej nigdy nie poznam odpowiedzi. 

Na szczęście jest Marysia, która właśnie się obudziła, a taka jest słodka po przebudzeniu :) i uśmiecha się... i ten jej uśmiech jest najważniejszy :)


wtorek, 8 kwietnia 2014

Stuknęło nam 5 miesięcy!!!

"No to mamy 11 tydzień...
Czasami pochłonięta sprawami zwykłego dnia zapominam o tym, że jestem w ciąży.
Kiedy sobie przypominam to nie mogę w to uwierzyć!...

Na ostatniej wizycie u ginekologa (tydzień temu) lekarz powiedział: "A chodź, połóż się, zrobimy usg, takie niezbyt dobrej jakości, ale zobaczymy jak tam ciąża, czy żyje".
Ja podekscytowana położyłam się i wpatrywałam w stary monitorek i naprawdę zobaczyłam maleńkiego człowieczka w pozycji embrionalnej, a po chwili maleństwo zaczęło wymachiwać rączkami i nóżkami, wierzgało się niesamowicie.
Lekarz powiedział: "No ciąża żyje, czyli wszystko w porządku".
Matko jakie to było wspaniałe uczucie. Przez cały dzień myślałam tylko o tym i nie mogłam się nacieszyć z małego wierzgającego się łobuzka  :)
Nie wiedziałam, że poczuję coś podobnego...

Zaczęłam się zastanawiać czy to mały łobuz czy łobuziara... :)"



To mój post z 30 kwietnia ubiegłego roku.  Dziś moja jednak łobuziara kończy 5 miesięcy! 
Matko, kiedy to minęło?! Dopiero co wpatrywałam się w czarny stary monitorek na którym widziałam tak malutkie i takie niewiarygodne życie...

Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy poczułam się mamą. 
Potem Marysia rosła i rosła dając mi odczuć swoją siłę :)

A potem ten cholerny lęk przed porodem i decyzja, że jednak naturalnie nie...

Jej pierwszy krzyk, moje łzy szczęścia. Pierwsze karmienie, przewijanie. To była dla mnie taka nowość. Czułam się durna i uważałam, że wszystko prawdopodobnie robię źle. 

Potem Jej pierwsze świadome uśmiechy. Jej "gadanie". 

Jak bardzo można uwielbiać swoje dziecko? 
Kocham ją i uwielbiam. Zachwycam się nią każdego dnia. Ja i mój mąż. Zwariowaliśmy na jej punkcie.

A teraz ma już 5 miesięcy :) Moja Kruszynka, moja Gwiazdeczka. 
Jest już taka duża. Ciągle po swojemu próbuje się komunikować, wyrażać oznaki zadowolenia oraz złości.
Śmieje się oszałamiająco. Umie już sama przekręcić się z brzuszka na plecy, a wczoraj po raz pierwszy przekręciła się z pleców na brzuszek wpędzając mnie w taką dumę jakby skończyła studia z wyróżnieniem :) 

Kochamy ją nad życie. 

Rozbraja, kiedy otwiera oczy i od razu posyła ten swój piękny uśmieszek w naszą stronę.Rozbawia nas do łez. Podobno bardzo rozśmiesza ją moje chrapanie ;/ (Od soboty jestem trochę przeziębiona, mam katar i boli mnie gardło. Kiedy się zdrzemnęłam z zatkanym nosem wydawałam różne dźwięki, a Marysia miała z tego powodu podobno niezłą polewkę)  :)

Już pisałam, że oszalałam z miłości do mojej córci, ale to szaleństwo trwa nadal. 
Wczoraj wpadł mi w oko taki demotywator, na którym był dzidziuś i podpis: "Szczęścia nie można kupić. Ale można je sobie urodzić."

To szczera prawda. Urodziłam sobie szczęście, którego tak pragnęłam, którego tak szukałam.

 

i uśmieszek dla blogowych Cioć :*


czwartek, 3 kwietnia 2014

Taki żarcik :)

Ten wpis z 1 kwietnia, że Marysia (moja pięciomiesięczna córeczka) mówi do mnie "mamo" to był żarcik :)

Nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała bloga na Prima Aprilis :D

Pozdrawiam wszystkie wkręcone :* 

I Ciebie Paulinko, Ty za dobrze mnie znasz ;*

wtorek, 1 kwietnia 2014

Moje dziecko mówi "mamo"!!!!!!!!!!!!

Marysia woła mnie jak coś chce "mamo! mamo!" !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Jak to możliwe, żeby niespełna pięciomiesięczne dziecko tak mówiło!!!???

czwartek, 27 marca 2014

Sposób na dobre samopoczucie

Kochane nie wiem czy Marysia da mi dokończyć ten post, bo narazie leży sobie spokojnie, ale to może się zmienić w każdej chwili ;)

Pisałam już o ćwiczeniach z Chodakowską. Skalpel mi bardzo odpowiada, reszty nie ćwiczyłam. Teraz robię go bardzo rzadko, bo znalazłam coś fajniejszego :) Oto najfajniejsze ćwiczenia jakie ostatnio robiłam. Dają wycisk. Pot się leje i na początku aż płakać się chce, ale kiedy człowiek wykona je do końca to naprawdę jest zadowolony a przede wszystkim dumny.

Zaczęłam walkę z nadprogramowymi kilogramami a fitness blender mi pomaga. Nigdy nie byłam typem miłośniczki fitnessu czy nawet sportu, tylko jakieś spacerowanie, ewentualnie stepper (dopóki się nie złamał ;P) Poważnie! Dziwne, bo wtedy ważyłam o prawie 20 kg mniej niż teraz ;) Ale normalnie pękła taka część (metalowa!!!) i nie dało się tego naprawić.

Poza tym jestem na diecie 1000-1300 kcal. Nie dało rady inaczej schudnąć. Wiem, że nie każdy ją poleca, ale staram się te kalorie wypełnić najzdrowiej jak potrafię. No i 5 kg już jest mniej w jakieś półtora miesiąca.

Jednak muszę przyznać, że zachęciła mnie do ćwiczeń Ewa to dzięki niej zaczęłam się ruszać. A dzięki ćwiczeniom mam o wiele lepszy humor i jakoś łatwiej jest :)


To był ten tajemniczy powód :)
Każdej z Was polecam.

Ps. Tak całkowicie z innej beczki, Marysia zrobiła dziś dwie kupki, choć normalnie wypróżnia się raz na dzień, bądź raz na dwa dni. Czy powinnam się obawiać, że coś jest nie tak?...

wtorek, 25 marca 2014

Oszalałam z miłości

Ostatni post był nieco dołujący. Moja córeczka zaczęła więcej jeść szczególnie na wieczór i w nocy i śpi teraz z dłuższymi przerwami. To oczywiście sprawiło poprawę humoru mamuśki :)

Poza tym Marysia przestała być już różowym ciałkiem co to się je tylko przewija, karmi i usypia. Czuję, że między nami powstała naprawdę duża więź. Córeńka moja potrafi wpatrywać się we mnie jak w obrazek, zaczepiać wymawiając "eee" albo "yyy" albo krzycząc :) Ostatnio także pokazuje jak ładnie piszczy ze złości :)

Mój Skarb dużo się uśmiecha. Łatwiej ją rozbawić. W zasadzie codziennie nas zaskakuje czymś nowym. Dzięki niej uśmiech pojawia się nam na twarzy o wiele częściej niż kiedy była nas tylko dwójka.

Nie mogę się na nią napatrzeć, nie mogę się nią nacieszyć, uwielbiam ją.


Ale muszę Wam powiedzieć, że dobry humor przynosi też pewna rzecz... Ale o tym w następnym poście, bo moja Gwiazdeczka się obudziła :)