czwartek, 23 stycznia 2014

Wszystkiego najlepszego Mężu :)

Kochany A., 
wiem że czasem lubisz tu zajrzeć, dlatego postanowiłam właśnie tu napisać kilka słów dla Ciebie. 
Przede wszystkim wszystkiego najlepszego z okazji urodzin :) To już ósme urodziny spędzane razem.
A w związku 9 lat (tak dla przypomnienia, wiem że z obliczaniem rocznic masz trochę problem ;P ).
Zobacz jak szybko to minęło. Tyle czasu razem, tyle przeżyć, tyle wspomnień. Wiele razem przeszliśmy. Myślę, że wszystko wyszło nam na dobre. Dziś nie jesteśmy już we dwoje. Zobacz jaką piękną Istotkę stworzyliśmy! A Ty - Współtwórco wiedz, że zawsze byłeś i pozostaniesz jedynym kandydatem na ojca.

Serce rośnie, kiedy widzę jak opiekujesz się Maleństwem, kiedy się z Nią bawisz. Jesteś cudownym tatą.
Chcę Ci dziś podziękować, że jesteś ze mną. Wiem, że trudno czasem ze mną wytrzymać. Jestem płaczką żydowską i panikarą. Czasami zbyt też bujam w obłokach. Ty jesteś jedynym, który potrafi mnie uspokoić i ściągnąć na ziemię. Jakby nie Ty to nie wiem...

Muszę przyznać, że z każdym dniem nie tylko Marysię bardziej kocham, Ciebie także. 
Jesteście całym moim światem. Sprawiacie, że jestem szczęśliwa. 

Ostatnio zauważyłam, że kiedy Ciebie nie ma przy mnie dłuższy czas to ogarnia mnie smutek i tęsknota. Tylko przy Tobie mam dobre samopoczucie. Dlatego bądź przy mnie już zawsze... (oczywiście jeśli tego chcesz)

Na koniec chcę życzyć Ci spełnienia wszystkich Twoich marzeń. Życzę Ci, abyś kiedyś pojechał do Norwegii na ryby (najlepiej ze mną i Marysią) i złowił szczupaka-giganta oraz aby spełniło Ci się wszytko to czego chcesz.


Kocham M.

wtorek, 21 stycznia 2014

Jak przygotować psa na spotkanie z noworodkiem?

Te kobiety, które od jakiegoś czasu śledzą mojego bloga wiedzą, że jestem szczęśliwą posiadaczką pięknej suczki. W jednym z wpisów opowiadałam jak to na grzybobraniu o mało nie doprowadziła mnie do zawału serca bądź przedwczesnego porodu. Wiele osób mówiło mi, żebym na nią uważała jak Mała się urodzi, żebym nie zostawiała jej samej z psem itp. itd. Przeczytałam gdzieś w necie, że jesli chce się przygotować psa na przybycie nowego członka rodziny to trzeba przynieść do domu jakąś rzecz, która będzie pachniała nowo narodzonym dzieciątkiem. Mąż dał do powąchania moją koszulę nocną, którą przyniósł do domu celem uprania. Mówił, że sunia wwąchiwała się w nią dłuższy czas. Albo to pomogło, albo i bez tego nasz piesio nie miał zamiaru targać się na naszą Córeczkę. W dniu powrotu ze szpitala nasza pupilka obwąchiwała z zainteresowaniem Małą i latała po pokoju ciesząc się, że już wróciłam. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego w domu przewijania Marysi. Wzięłam ją na przewijak, jeszcze obolała, ze stresu czułam jak się pocę, Mała zaczęła niemiłosiernie płakać. Wtedy nasza suczka nie wiedziała chyba co się dzieje, albo myślała, że robię Córci krzywdę, bo zaczęła skomleć i stawać na dwie łapki, żeby zobaczyć co się dzieje (i tak by nie zobaczyła, bo jest za "krótka" ;P).
Od samego początku nie było żadnych problemów w relacjach noworodka, a potem niemowlaka z psem. Czasami pozwolimy suczce delikatnie polizać Małą po włoskach. Czasem zostawiam Marysię w pokoju z naszym pieskiem i nic się nie dzieje. Mam nadzieję, że tak już zostanie i że "dziewczyny" bardzo się ze sobą zaprzyjaźnią.
Dlatego chciałabym uspokoić wszystkie przyszłe mamy posiadające psy, które martwią się o swoje dzieciątka. 
Osobiście mam też nadzieję, że kiedyś moją Córcię i suczkę zastanę w takiej pozycji jak poniżej :)


czwartek, 16 stycznia 2014

Radość matki-wariatki

Hmm... Miałam się z Wami podzielić swoim lękiem przed szczepieniami Marysi w przyszłym tyg, ale chyba nie mam już siły o tym mówić. Od kilku dni magluję ten temat z moim mężem. Płaczę (jak po obejrzeniu wiadomości o Basi, która miała powikłania po szczepionce, których nie przeżyła :(... ) i się uspokajam. I tak w kółko. Jako matka-wariatka przejmuję się mnóstwem rzeczy, ale jest taki moment, w którym muszę odpuścić, bo inaczej naprawdę czuję, że jedną nogą jestem już na oddziale psychiatrycznym ;) No więc narazie odpuszczam. W poniedziałek mamy szczepić naszego kochanego brzdąca, więc pewnie temat wróci. Póki co muszę wziąć chwilę oddechu od tego tematu.

Skupię się na radosnej stronie macierzyństwa. Widok śmiejącej się Marysi jest bezcenny. Ostatnio odkryliśmy, że jak trzymam ją na rekach np. tańcząc i podchodzi tatuś i zaczepia córeczkę to mała śmieje się tak szeroko, że aż się z tego widoku popłakałam (toż to zdziwienie ;P kurczę, ja to jestem płaczka żydowska jakich mało!). Normalnie ją uwielbiamy. A poniżej próbka jej słodkiego uśmieszku :)



sobota, 11 stycznia 2014

Matka wariatka

Po przeczytaniu tego posta zapewne będziecie mogły stwierdzić u mnie chorobę psychiczną, może jakąś schizofrenię paranoidalną, albo coś podobnego.

Moja Córcia ma 2 miesiące. Moje uczucie do niej wzrasta z każdym dniem. W zasadzie nie wiem czemu tak długo zwlekałam z decyzją o posiadaniu dziecka, ponieważ pojawienie się na świecie Marysi to najwspanialsza rzecz jaka mnie w życiu spotkała. Rzecz najlepsza, najdonioślejsza, najszczęśliwsza. 
Uwielbiam ją.
Patrzę na nią i nie mogę się nadziwić, że Ona tu jest. Jak to się w ogóle mogło stać? (i tu przypomina mi się scena ze Shreka, kiedy ten dowiaduje się, że będzie ojcem i zadaje to samo pytanie, bądź co bądź retoryczne, jednak Kot mu odpowiada: "Pozwól, że ci wyjaśnię. Widzisz, kiedy mężczyzna jest sam na sam z kobietą, budzi się napięcie, z którym nie wolno walczyć.") :D

Tylko, że właśnie nie o szczęściu miałam pisać, nie o tym, że płaczę po prostu jak na nią patrzę i jeszcze nigdy nie uroniłam tyle łez ze szczęścia jak od momentu jej narodzin.
O niepokoju miałam pisać. Matczynego niepokoju bądź niepokoju osoby faktycznie chorej psychicznie. 

Chodzi mi o to, że chciałabym, aby moja Córcia była szczęśliwa. Zdrowa, mądra, piękna i szczęśliwa. Chcę, żeby nie miała żadnych problemów, żadnych kłopotów, żadnych smutków. Chciałabym ją uchronić od całego zła tego świata. Kuźwa, którego jest pełno. Łeb mnie boli od słuchania kolejnych wiadomości, że pijany kierowca zabił dziecko, albo matkę lub ojca czyjegoś dziecka, albo kogokolwiek zabił. Coś mi się robi, kiedy widzę chore dzieci czy umierające. A propos, ostatnio obejrzałam kawalątek programu "Superwizjer", który nakręcono w Syrii. Pokazali tam jak ktoś reanimował pięcio, może sześcioletniego chłopca. Normalnie reanimował! Robił mu masaż serca, obmywał twarz wodą. Ktoś chyba zwykły, nie lekarz. Reanimacja była dramatyczna i niestety nie udana. Oczywiście od razu przełączyłam, ale nie mogłam powstrzymać a potem zatrzymać płaczu. Jezu! Czym zawiniło to dziecko??? A jeśli już o Jezusie wspomniałam, to przyznam po raz pierwszy na tym blogu, że mój ateizm pogłębia się po czymś takim. Ale to odrębny temat, na całkiem innego posta, a nawet innego bloga.

Chciałabym uchronić moją Córcię od tego wszystkiego. Trzymam ją w ramionach i myślę: "Nigdy Cię nie puszczę. Nie pozwolę Cię skrzywdzić". Ale zdaję sobie sprawę z tego, że to po prostu niemożliwe. I nie mogę sobie z tym poradzić. Nie mogę się pogodzić z tym, że nie mam takiej władzy, żeby mieć wpływ na wszystko. Panicznie się boję wszystkiego co mogłoby zrobić krzywdę mojemu dziecku. 
To jest mój psychiczny problem... :(

niedziela, 5 stycznia 2014

Nowy powód do płaczu...

Są rzeczy, które doprowadzają mnie do płaczu. Krzywda zwierząt i ludzi, wzruszające sceny filmowe, niektóre piosenki, moja mała piękna córeńka. Nie wiedziałam jednak, że doprowadzić mnie do łez może pewna rzecz...

Wczoraj po raz pierwszy obejrzałam kawałek programu "Kolacja z szefem" na polsacie. Dziewczyny walczyły o stanowisko jakiegoś koordynatora w agencji modelek. Praca miała być naprawdę dobrze płatna (około 6 tys. zł.) i ciekawa. Mniejsza o stanowisko, miało to być ciekawe i dobrze płatne zajęcie. Oglądając werdykt szefowej, która dokonała wyboru między kandydatkami, popłakałam się.

Dziś na polepszenie humoru (jakiegoś takiego dziwnego doła dostałam od wczoraj, może właśnie przez ten program na polsacie) włączyłam sobie serial "Przyjaciele". Akurat trafiłam na odcinek (oglądam po kolei od pierwszej serii), gdzie Chandler dostał wymarzoną pracę na stanowisku młodszego copywritera w agencji reklamowej. No i po tym zapłakałam rzewnymi łzami :(

O co chodzi? 
Od momentu, gdy zdałam maturę moim największym marzeniem (obok tego, aby spotkać prawdziwą miłość) była dobra praca. Zaczynałam fatalnie pracując w McDonaldzie. Dzięki mojemu ojcu miałam bardzo niską samoocenę i bardzo nisko oceniałam swoje możliwości. Później każda praca była coraz lepsza (lepiej płatna i w lepszych warunkach), jednak nie robiłam tego co chciałam, o czym marzyłam. Ale z marzeniami też mam dziwnie, bo po maturze marzyłam o pracy w radiu jako prezenterka. Trafiłam na praktyki do takiego jednego radia (kiedy jeszcze mieszkałam w swoim rodzinnym mieście, większym od tego, w którym mieszkam obecnie), ale niestety naczelna uważała, że "kobiety źle brzmią w eterze" i zatrudniała samych facetów, a raczej chłopaków. Ja pracowałam w news roomie, ale nie kręciło mnie latanie za informacjami i robienie z nich na siłę sensacji. Odpuściłam radio, choć cały czas we mnie to siedzi i upajam się każdym jednym komplementem, że mam ładny głos.
Potem zapragnęłam pomagać ludziom. W liceum każdy mówił mi, żebym szła na psychologię, nie powiem, że człowiek interesuje mnie jak cholera i wszystko co się z człowieczą naturą wiąże, jednak na takie studia nie było mnie po prostu stać. Wybrałam pracę socjalną i pedagogikę - zaocznie. Nigdy nie pracowałam w zawodzie. To znaczy moja ostatnia praca (3 miesięczny projekt) jako asystent rodziny była już w zawodzie, bo mieściła się w obrębie pracy socjalnej i w sumie pedagogiki również. To była moja najfajniejsza praca. Najbardziej odpowiedzialna i okropnie stresująca, ale najfajniejsza. Była także ciekawa, wiele się działo. Ale może dlatego, że działo się wiele to nie potrafię określić czy była to praca moich marzeń. Pracując na tym stanowisku czasem kładłam się spać ze stwierdzeniem, że się do tego nie nadaję (za bardzo przeżywam itp.), po czym następnego dnia już uważałam, że jestem do tego stworzona. Wszystko zależało jak układała się współpraca między mną a osobami, którymi miałam pomóc.
Siedzi we mnie jeszcze jedno marzenie... Marzenie, które spełniło się Chandler'owi - chciałabym byc copywriterem. 

Moje marzenie o ciekawej i dobrze płatnej pracy (jeśli dobrze płatnej to nie asystent rodziny, bo ta taka nie była) nie wiem czy kiedyś się spełni. Przeszkód jest wiele, zaczynając od takich jak mieszkanie w małym miasteczku, chęci wychowywania córeczki, braku doświadczenia, kończąc na braku wiary, że do czegokolwiek się nadaję.

Dlatego płaczę kiedy widzę spełniające się moje marzenia, tyle że to nie ja je spełniam... :(

Kończę ten dołujący wpis. Jedynym pocieszeniem w tym całym moim życiu jest moja piękna wspaniała Córeczka, którą właśnie kołyszę jedną nogą w foteliku, co umożliwia mi pisanie :) oraz mój kochany mąż oczywiście :)

Pozdrawiam wszystkie kobiety, które realizują się zawodowo i łączę się w bólu z tymi, które mają podobną sytuację do mojej. Całuski :*

czwartek, 19 grudnia 2013

Nie do wiary - jestem mamą :D

Jestem mamą.

Nie mogę w to uwierzyć.

Moja córcia to najlepsze co w życiu mnie spotkało. Jeszcze nie doczekałam się spontanicznego uśmiechu, ale mam nadzieję, że już niedługo zobaczę.
Marysia jest wspaniała. Nie mogę się na nią napatrzeć, a czasem przestać całować :)

Zauważam, że kocham ją z każdym dniem coraz bardziej.

Moja mała iskiereczka...





Nie mam za bardzo czasu, żeby tu się rozpisywać, bo ta iskiereczka potrzebuje dużo uwagi, ale mam nadzieję, że kiedyś spokojnie siądę i nadrobię zaległości blogowe.

A z takich przyziemnych rzeczy to ciągle borykam się z kaszlem, na który nic nie można mi poradzić jeśli karmię piersią :(
No i już się pomału kończy połóg, jednak mimo to brzuch mam ciągle wielki i nie wiem czy kiedykolwiek mi opadnie...

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Z noworodka w niemowlaka

No i minął miesiąc :)
Moja córeczka nie jest już noworodkiem tylko niemowlakiem!
Jest cudowna. Czekam na jej pierwszy świadomy uśmiech, choć teraz z mężem cieszymy się każdym uśmiechniętym grymasem. 

Mi kaszel nie minął. Nawet stał się bardziej uporczywy. Podczas kaszlu po prostu się duszę. Nie mogę złapać powietrza przez parę sekund.
Muszę z tym pójść do lekarza, ale chcę zakończyć branie antybiotyków, które mi ostatnio lekarka przepisała, żebym była pewna, że nie pomogły.

Z karmieniem mam trochę problem, bo mam za mało pokarmu i muszę małą dokarmiać sztucznym mlekiem.
A poza tym nie mogę nadal uwierzyć, że jestem mamą.

Marto W. miałaś rację mówiąc, że jak pojawi się dzidziuś to czas będzie zapierdzielał :)
Nawet nie wiem kiedy minął ten miesiąc. 

Pozdrawiam i ślę całuski :*