czwartek, 26 września 2013

Wczoraj przeżyłam koszmar... :(

Wybraliśmy się wczoraj na grzyby. Ja, mój mąż i moja teściowa. Ach! No i oczywiście moja sunia (to bardzo ważne, bo koszmar dotyczył jej psiej osóbki).

Nie zapędzaliśmy się w las tylko szliśmy drogą. Akurat ten las jest dziwny, bo momentami drzewa rosną bardzo gęsto, że staje się ciemno a potem rozjaśnia się, gdzie drzewa rosną w większych odstępach.
Zresztą ja nigdy nie wchodzę w chaszcze, bo nienawidzę i boję się pająków, a tych jest teraz pełno. Ja zawsze idę sobie na spokojnie drogą. Czasami mój mąż zapuszcza się bardziej. 
Zachowanie naszej suczki jest takie, że idzie sobie zazwyczaj przy mężu i od czasu do czasu przylatuje do mnie. Cała wędrówka do lasu dla naszego psa to trasa od męża do mnie i ode mnie do męża (dzięki temu pies pokonuje naprawdę sporo km...). 
Na zawołanie zawsze przylatuje. Ogólnie nasza suczka jest bardzo posłuszna. 

Ja jestem psia mama oraz nadwrażliwiec.
Zresztą razem z mężem traktujemy swoją pupilkę jak członka rodziny. Mamy ją jakieś 6 lat i trzeba przyznać, że przelaliśmy na nią uczucia rodzicielskie... Jest naszą przytulanką, pupilkiem, a nawet dzieckiem.
Zarówno ja jak i mój mąż darzymy ją ogromnym uczuciem. Nie moglibyśmy patrzeć na jej krzywdę (co często wykorzystuje robiąc "oczka kota ze Shreka", kiedy tylko nadchodzi pora kąpieli czy obcinania pazurów).

Ja jestem nie tylko nadwrażliwiec, ale i panikara. Oprócz tego, gdy dzieje się krzywda komuś z bliskich to wtedy ograniczenia dla mnie znikają i jestem w stanie zrobić wszystko dla kogoś kogo kocham.

Wczoraj przeżyłam traumę. Po raz pierwszy w życiu na moje i męża zawołanie suczka się nie pojawiła przy nodze. Zgubiła się! Uciekła!
Kiedy tylko upewniłam się, że nie ma jej przy mężu od razu rzuciłam grzyby i poleciałam jej szukać. Najgorsze, że usłyszałam jej delikatny pisk. "Coś ją zagryza" - pomyślałam i rzuciłam się w chaszcze (w które normalnie nigdy bym nie weszła) i zaczęłam jej szukać. Wołałam ją jak tylko najgłośniej umiałam. Kiedy się nie odzywała ani nie przybiegała moje wołanie zamieniało się w przeraźliwy krzyk. Przedzierałam się przez krzaki płacząc i wołając moją sunię. W głowie miałam najgorszy z możliwych scenariuszy. Pomyślałam, że jeśli ją coś (jakieś dzikie zwierzę) napadło to ja je spłoszę, a pogryzioną psinkę zawiozę szybko do weterynarza. Biegłam na oślep, a raczej szłam stawiając wielkie kroki, bo przez te krzaczory nie dało rady łatwo się przedrzeć. Nie straszne stały mi się w momencie pająki i inne świństwa. 
Mój mąż wbiegł za mną, bo bał się, że się zgubię. Nie mam orientacji ogólnie, a w lesie to już całkowita porażka. 
Biegł za mną i mnie wołał, żebym nie leciała, że w takim lesie jej nie znajdę, że nie mogę się denerwować. Jednocześnie miał świadomość, że faktycznie naszemu psu musiało się przydarzyć coś złego. Powiedział nawet, że "już po psie".
Ani mi w głowie było się z tym pogodzić. Kazałam mu iść ze mną. Nie mogłam bezczynnie stać! Musiałam jej szukać!
Kiedy wchodziłam do lasu usłyszałam słowa teściowej do mojego męża "uspokój ją, bo nam narobi kłopotu". WAM narobię kłopotu? Fajnie, dobrze wiedzieć...
W ogóle to wszystko wyglądało strasznie. Ciężarna kobieta przeraźliwie kogoś wołająca i idąca w ciemno nie wiadomo gdzie oraz lecący za nią facet, który bał się, że ta za chwilę urodzi.
Kiedy pies nie przyleciał przez jakieś 15 minut (co jest nie do pomyślenia w jej przypadku) zaczęłam okropnie płakać. Mąż powtarzał, że jej nie znajdziemy w takim lesie, że są tu wilki, lisy i inne dzikie zwierzęta, które naszą małą suczkę jak dorwały to już po niej. Wziął mnie za rękę i zaczął wyprowadzać do drogi. 

Bliżej drogi słyszę słowa teściowej: "o znalazła się". I za kilka sekund psina była przy nas. Mąż zdzielił ją w dupę. Ja nie wiedziałam czy ją przytulać czy co. Po prostu usiadłam na gołej ziemi i zaczęłam płakać. Ze szczęścia i z tych emocji.
Naprawdę myślałam, że już nigdy jej nie zobaczę!
Potem teściowa i mąż wydarli się na mnie, że nie dbam o dziecko, że nie mogę się tak przejmować.
Teściową sobie odpuszczam (teraz pewnie myśli, że jestem po**baną histeryczką), nie będę się jej tłumaczyć, ale mój mąż? Przecież znamy się od prawie 10 lat! Dobrze wie, że za bardzo się przejmuję wszystkim i wszystko przeżywam ciut mocniej niż inni! On mi mówi, że powinnam czasami wyluzować? Tyle razy tłumaczyłam mu, że nie umiem, że nie potrafię. Próbowałam nie raz to zmienić, ale NIE DA SIĘ!!! Potem mnie przytulał, uspokajał, ale na pewno mnie nie rozumiał.

Morałów z tej historii wyciągam dwa. 
Jeden - nie wierz nigdy w 100% swojemu psu, nawet jeśli nigdy czegoś nie robił to zawsze może być ten pierwszy raz.
Drugi - jak mi Marysia kiedyś zrobi taki numer to ja się chyba przekręcę...

środa, 25 września 2013

Moja szyjka nie jest za krótka!

Wczoraj byłam na badaniu USG 3/4D. Postanowiłam je zrobić, żeby jakiś specjalista a nie konował ocenił moje dziecko i moją szyjkę.
Z Marysią wszystko w porządku. Waży 2131 g. USG ocenia wiek na 33 tydzień a termin porodu podaje na 11 listopada, jednak lekarz powiedział, że nie można się tym sugerować. 

Mam filmik i zdjęcia :) Marysia na jednym z nich grymasi twarzyczkę (coś jej się to badanie nie spodobało) i wygląda to zarąbiście (i trochę przerażająco, bo jak się urodzi to ten grymas na stałe się wpisze w jej wygląd jak będzie płakać i krzyczeć ;/ ).
Z badania USG dopochwowego wynika, że moja szyjka ma nie jak powiedział mój lekarz 1 cm tylko 28 mm, czyli prawie 3 cm!!! Jest różnica, co nie? :)

Uspokoiłam się niesamowicie i poczułam, że kamień spadł mi z serca. 
Mimo, iż doktor, który wykonywał to USG powiedział, że czasami się można pomylić badając palcami to mój lekarz naprawdę przegiął, gdy powiedział, że szyjka jest tak krótka, że wyczuł główkę. Nie mogę się doczekać rozmowy z nim (wtorek) i miny jak mu powiem o tym badaniu.
Wczoraj byłam i szczęśliwa i zła na mojego gin. Zobaczymy jak to będzie. Najwyżej zmienię na innego jak mnie poniesie podczas następnej wizyty.





poniedziałek, 23 września 2013

Panie doktorze, kim dla pana jestem?

W mieście, w którym mieszkam każda kobieta w ciąży decydująca się rodzić tutaj ma problemy z ciążą. Jak to możliwe?...

Szpital ma długi (zresztą, który nie ma), aby oddział ginekologiczno-położniczy mógł dostać pieniążki z nfz to pacjentki kładzie się tutaj do szpitala na 3 doby. Dlatego każda kobieta od swojego lekarza prowadzącego prędzej czy później dostaje skierowanie do szpitala. Jeśli wszystko jest w porządku z tobą i dzieckiem mówią tak: "Położy się pani na 2 dni, porobimy badania, będziemy pewniejsi".
Jednak po takich słowach pacjentka nie zawsze bez żadnego "ale" zgodziłaby się kłaść do szpitala. Dlatego zawsze muszą postraszyć i wymyślają co może pacjentce dolegać.

Mój pierwszy pobyt w szpitalu (w ogóle w życiu pierwszy pobyt) nastąpił, gdy byłam w 23 tyg. ciąży. Po badaniu lekarz stwierdził, że: "Szyjka się za szybko skraca i macica jest twarda. Położy się pani, porobimy badania, zobaczymy co i jak".
Położyłam się.
Leczenie:
- magnez dożylnie
- no-spa
- ascofer
- asmag
- folik
- nystatyna.

Dwie dziewczyny leżące obok (jedna w 30 tc, druga w 34) także miały diagnozę "krótka szyjka, twarda macica".

Będąc w ciąży po raz pierwszy nie trudno zasiać we mnie lęk. Wtedy lekarz jednak nie wystraszył mnie tak bardzo tym, że z Marysią coś nie tak, tylko tym, że kazał mi iść do szpitala, a ja nigdy nie byłam i bardzo się tego obawiałam.
Teraz natomiast naprawdę mnie wystraszył. Pierwsze słowa po badaniu to były: "oddział" i że dziecko "się pcha".
Najgorsze jest to, że kobieta nigdy nie ma pewności, czy faktycznie jest aż tak źle czy chodzi im tylko o pieniądze z nfz.
To mnie denerwuje najbardziej. Zresztą ze szpitala i tak wyszłam pełna obaw. Nikt mi nie powiedział co mam robić, żeby ta szyjka się nie skracała dalej. Nikt nie poinformował co zakazane a co wskazane.

Nie wiem czy mogę chodzić na dłuższe spacery do lasu. Boję się codziennie, że dziecko coraz bardziej się "pcha". Niepoi mnie każdy ruch, który wyczuwam w najniższej części brzucha. Lękam się, kiedy brzuch ciągnie do dołu. Nie wiem czy takie poczucie w brzuchu jak miałam kiedyś przy zbliżającym się okresie to jest ok, czy już znak, że coś nie tak.

Ale powiem Wam, że właśnie najgorsze jest to, że ich nie interesuje zbytnio wszystko to co mnie martwi i jak tak naprawdę się czuję. Ich interesuje tylko to, że mają pacjentkę na 3 doby i zwrot kasy.
Nie interesuje ich to, że źle czułam się w szpitalu, że płakałam kiedy zostałam sama na sali, że płakałam jak wychodził ode mnie mąż, że czułam się zajebiście samotna i przerażona.
Choć teraz myślę sobie, że za bardzo marudzę, że były dziewczyny z poważniejszymi problemami jak poronienie i że może nie mam prawa tak egoistycznie podchodzić do sprawy. Nie byłam tam jedyną pacjentką. Jednak mógł mnie ktoś choć cokolwiek uświadomić w całej tej sytuacji.

Dziwi mnie, że nikt "z góry" się nie zainteresuje tymi pobytami kobiet w ciąży. Czy naprawdę tamtych w nfz nie zastanawia fakt, że każda kobieta, która rodzi w tym mieście i która ma stąd lekarza prowadzącego leży dwa lub trzy razy w szpitalu i to przed porodem???
Czyżby uwarunkowanie geograficzne sprawiało, że 100% ciężarnych ma problemy z donoszeniem ciąży?
Wiecie jakie mam rozpoznanie wpisane w karcie informacyjnej leczenia szpitalnego? "Poród przedwczesny". Zresztą w obu kartach mam tak wpisane. Inne dziewczyny tak samo.
Czy to normalne?

No nic. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko czerpać wiedzę na temat skracającej się szyjki z internetu.

Przy okazji mam pytanie do Was. Jak odczuwałyście skurcze? Bolało jak na okres? Jak podczas okresu? To było kłucie, rozdzieranie? Wiem, że trudno jest je opisać, ale może cokolwiek przybliżyłybyście mi ten temat... Z góry dziękuję :*

sobota, 21 września 2013

Wróciłam ze szpitala. Marysia nadal w brzuchu :)

Witajcie dziewczyny! 

Wczoraj wróciłam ze szpitala. Nie miałam jednak siły  pisać.
Chyba za dużo chciałabym powiedzieć, a nie chcę zanudzać długimi wpisami...

Ogólnie Wam powiem jak mnie leczono w szpitalu w moim mieście, gdzie polityka jest dość dziwna i chyba nie do końca nastawiona na dobro pacjentki. 

Poszłam sobie do szpitala wieczorem. Przestraszona, że Marysi zachciało się już wychodzić. Wybeczałam się, uspokoiłam i poszłam. 
Od razu badanie ginekologiczne. Z powodu, iż jestem debil, bo zapomniałam, że przed szyjką jest jeszcze pochwa to badanie było dla mnie bolesne.
Przed oczami miałam obraz 1 centymetrowej szyjki i kiedy ginekolog (niezbyt miła) zaczęła rozpakowywać wziernik to się spięłam myśląc: "gdzie ty to kobieto wepchasz?!". No i badanie było bolesne, ale i uświadamiające, że do główki Marysi jest jeszcze kilka cm.
Po badaniu dali mi tabletkę "dowcipną" i podłączyli pod magnez.  Miałam szczęście, że trafiła mi się pielęgniarka, której nie odstraszył wysiłek znalezienia najlepszego dla mnie miejsca na welfron. Dzięki temu magnez nie był taki straszny jak ostatnio, gdzie bolała mnie cała ręka. Magnez skapuje około 10 godzin, dzięki temu, że podłączyły mnie przed 22 to o wiele łatwiej było to znieść, bo w nocy spałam i nawet nie budziłam się ani razu do łazienki. Następnego dnia dostawałam zastrzyki w tyłek (pierwszy raz w życiu) i oprócz nospy, żelaza i "dowcipnej" to nie zrobili ze mną już nic.

Podczas pierwszego obchodu, kiedy lekarz pytał który tydzień powiedziałam (tak jak mi mój gin kazał), że od ostatniej miesiączki 31 tydz., ale po głębszych analizach z moim doktorem doszliśmy do wniosku, że to 33/34. Pytali się o termin porodu, więc znów podałam dwa, że albo połowa listopada, albo koniec października, a ordynator na to: "No to pewnie urodzisz w połowie października". 

Na sali leżałam z jedną dziewczyną, która miała identyczny problem jak ja. Z miesiączki 35 tydz. a z ruchów i USG 37. Tylko nie wiem dokładnie dlaczego, ale jej kazali liczyć jednak od miesiączki. U mnie zostali przy 34 tygodniu.

Nie wiem. Jadę za parę dni na badanie USG 3/4D i zobaczymy jakie tam parametry wyjdą. Lekarzom stąd jakoś nie wierzę w zdolności czytania usg. Tej dziewczynie jedna gin jak robiła to wyszło, że główka 38 tydz. a tułów 35, a drugi gin jak robił to wyszło odwrotnie, że główka 35, a tułów 38. Nie wiem. Zwariować można.

Badań beta HCG nie pokazałam, bo one są najlepiej czytelne jak są robione krótki czas po sobie, kiedy pokazują jak szybko poziom HCG rośnie. Dlatego odpuściłam. 
Zobaczę co pokaże badanie usg 3d. Ale chyba nie pozostaje mi nic innego jak pogodzić się z tą sytuacją jaka jest i po prostu naszykować się psychicznie, że za 3 tyg może godzina zero wybić.
Tyle, że jeśli mam być szczera to boję się, że może to nastąpić już w każdej chwili. Najgorsze jest, że nie wiem czy faktycznie sytuacja jest taka jaką opisał mi mój lekarz, czy musiał mnie trochę nastraszyć, żebym chciała pójść do szpitala. Dlaczego? Dla pieniędzy z nfz, o czym w następnym wpisie... 
Pozdrawiam i dziękuję za wspierające komentarze :*



wtorek, 17 września 2013

Który to w końcu tydzień ciąży k***a m*ć???

Moje wczorajsze obawy dotyczące pójścia do szpitala się sprawdziły :(
Zaraz będę się pakować, ale chciałam jeszcze maznąć o swoich obawach...

Dziś wypadała kolejna wizyta u mojego gina. Przyszłam z wynikami badań (morfologia i mocz) i z tą glukozą co to ją musiałam sobie robić ze 3 tyg. temu.
Postanowiłam powiedzieć lekarzowi o swoich obawach co do tygodni ciąży. Wypytywał mnie o kilka rzeczy (kiedy poczułam ruchy, kiedy była przedostatnia miesiączka itp.). Powiedziałam, że w styczniu grypa mnie siekła i to nieźle, że lutowy okres spóźnił się ponad 10 dni i że robiłam te testy owulacyjne, w okresie co niby to owu miała być, a jej nie było.
Potraktował to wszystko poważnie. Powiedział, że dobrze że mu o tym mówię. Zaczął sam obliczać, wyliczać i doszedł do wniosku, że do zapłodnienia mogło dojsć pod koniec stycznia i zamienił w karcie ciąży termin z 31 tygodnia na 33. Potem poszłam na samolot.
Zbadał mnie wiadomym dla wszystkich sposobem i mówi: "No to pani idzie na oddział. Szyjka ma 1 cm, wyczuwam palcem główkę. Mała się za bardzo pcha, trzeba ją powstrzymać na jakieś 3/4 tygodnie."

Że co???

Mam rodzić za 3 czy 4 tygodnie???

Miało być 8 albo 9! Przecież to naprawdę duża różnica. Nie przygotowałam się na to. Wyprawki nie mam, psychicznie też nie czuję się gotowa! Miało być jeszcze 2 miesiące, całe 2 miesiące, długie dwa miesiące!

Jak przyszłam do domu i teściowa ze szwagierką mnie zapytały to oczywiście opowiedziałam, a opowieść zaczęłam uprzedzeniem "Nie przejmujcie się, że będę płakać, bo inaczej nie umiem".
Mieszkam z nimi od sierpnia i dopiero mnie zaczynają dogłębnie poznawać... :)

Oczywiście mnie pocieszały.
Potem tel. do męża. Oczywiście nie rozumiał co drugiego słowa, bo jak łkam to trudno mnie zrozumieć. No i sms do mojej dobrej koleżanki, że mała się pcha i że idę do szpitala. Ona myślała, że mi wody odeszły i sobie idę z buta do szpitala rodzić :) niezła jest, pozdrawiam Cię G. jak to czytasz i ślę buziaka :*

Potem jak się uspokoiłam to zaczęłam kminić jak to jest z tym terminem. Ginekolog wypisał na skierowaniu, że to jest 33/34 tydzień.
Zaczęłam wszystko zbierać do kupy (co do kupy, uświadomiłam sobie, że realne pampersy zasrane realną kupą to tylko kwestia krótkiego czasu! co również mnie delikatnie przeraziło...) doszłam do wniosku, że to nie może być tak jak on powiedział, że zapłodnienie było pod koniec stycznia, bo 7 lutego robiłam badanie krwi HCG i nie wykazało ciąży!
Niestety przypomniałam sobie o tym badaniu dopiero w domu.

Więc w którym do cholery tygodniu jestem???

Wziełam kalendarz. Pozaznaczałam swoje miesiączki, testy owulacyjne, badania krwi.
I co? Myślicie, że rozwiązałam enigmę? A skąd!

Za cholerę nie mogę do tego dojść. Wydaje mi się, że do zapłodnienia doszło około 14 lutego. Tak czy siak uważam, że jestem do przodu o 2 tyg, czyli dobrze że gin. mi ten termin zmienił.

Ale z drugiej strony jeśli się mylę?
Powiedzieć o tych badaniach HCG czy nie?
Czy już nic nie mówić, liczyć tak jak kazał i już?

Matko, mało tego że  nie znam dnia ani godziny porodu to jeszcze nie wiem, w którym jestem tygodniu ciąży!
Masakra.
Denerwuje mnie wszystko, czego nie da się ogarnąć. Szwagierka mówi, że ona też u siebie do tej pory nie doszła, w którym była tygodniu jak urodziła. Mówiła, że jej koleżanka też taką zagadkę próbowała rozwiązać i też się nie udało.
Kurdę. Ale to przecież różnica całego miesiąca. To szmat czasu. Ja zawsze się na coś psychicznie muszę nastawić, a tu co? Nie zdążę?

Już nic nie wiem.
Jestem tylko zła, że jestem całkowicie ogłupiała jeśli chodzi o ten termin.

No dobra, wyrzuciłam to z siebie. Wypłakałam się. Teraz trza się spakować do szpitala i ...brać na klatę to co będzie...

Chciałam Wam dziewczyny podziękować za Wasze komentarze, za wsparcie :) Wiele to dla mnie znaczy.


To idę. Zobaczymy co się wydarzy... Trzymajcie się. Jak wrócę to od razu zajrzę do Was, całuski :*

poniedziałek, 16 września 2013

Czy nadaję się na matkę? Oto jest pytanie...

Ostatnio mój post był pozytywny i przepełniony miłością. Dziś mam ochotę napisać coś zupełnie odwrotnego.
Właściwie nie wiem czemu. Po prostu jakoś mi smutno.
Jutro wizyta u gina, może się stresuję? Może boję się, że znowu każe mi leżeć w szpitalu...
A może jest mi smutno, bo mój mąż pokłócił się z teściową...?
Nie lubię, kiedy krzyczy i się denerwuje. Nie lubię nerwusów ogólnie (trauma po ojcu) co się ciskają przedmiotami i stają się w sekundę niepoczytalni, zresztą takich każdy chyba nie lubi. Ale ja nie lubię w ogóle konfliktów, kłótni, krzyków. Mimo, iż sama często podnoszę głos (kiedy jestem rozemocjonowana), to nie lubię tego.

Kiedyś czytałam taki artykuł o nadwrażliwcach. Podobno jak się jest nadwrażliwcem to chłonie się emocje innych. Jeśli ktoś jest smutny z otoczenia (koleżanka, znajomy, przyjaciółka) to ten smutek udziela się nadwrażliwcowi. Jak ktoś jest zły, albo wesoły to też.

Myślę, że jestem nadwrażliwa. Niestety ta cecha życia nie ułatwia. I o ile zauważam małe rzeczy, które są dla mnie niewiarygodne i nie mogę się nimi nadziwić, o ile cieszę się z widoku jakiegoś kwiatka czy ptaszka, zachwycam się niebem i wiatrem, to niestety o tyle małe czasem rzeczy potrafią wpędzić mnie w stan załamania. Przejmuję się naprawdę chyba wszystkim. Słowa ludzi (szczególnie te niemiłe) tkwią w czaszce długo. Takich jak ja łatwo doprowadzić jest do płaczu. Łatwo zranić. 

I czy taka osoba nadaje się na matkę?...

sobota, 14 września 2013

Miłość... to dziwna sprawa...

Od początku ciąży częstym słowem, które wydostaje się z mojego aparatu artykulacyjnego jest słowo: (nie, nie poród ;P) "niesamowite".

Obecnie mam dwa serca, cztery ręce, cztery nogi i co najlepsze dwa mózgi! :D 
Dowodem obecności mózgu mojej małej jest zdjęcie USG, więc nikt teraz powiedzieć do mnie nie może "ty bezmózgowcu" :) bo przynajmniej jeden mam.

Ale nie o tym...
Zauważyłam, że wraz ze wzrostem brzucha rośnie uczucie do nienarodzonego jeszcze maleństwa.
Na początku ciąży był szok i niedowierzanie. Potem wielkie wątpliwości, czy damy radę, czy to odpowiedni czas i miejsce...
Potem poczułam sympatię do brzuszka, a jak zobaczyłam pierwsze wierzganie w aparacie USG chyba w 10 tygodniu to zaczęła we mnie rozwijać się miłość. To uczucie rośnie i rośnie. Dziwne, naprawdę dziwne. Ale teraz jestem w stanie na pytanie co czuję do tego dziecka odpowiedzieć, że go kocham! Jak to możliwe?

Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że wszystko teraz, cały świat wygląda inaczej. Jest w nim więcej sensu.

Czy gdyby ciąża trwała krócej to też zdążyłabym zakochać się w mojej Iskiereczce? 
Więź, która nas łączy jest całkowicie wyjątkowa...

Szacun dla natury, że coś takiego wymyśliła :)
I wielkie "dzięki" dla losu, że mogę tego doświadczać... :)