poniedziałek, 23 września 2013

Panie doktorze, kim dla pana jestem?

W mieście, w którym mieszkam każda kobieta w ciąży decydująca się rodzić tutaj ma problemy z ciążą. Jak to możliwe?...

Szpital ma długi (zresztą, który nie ma), aby oddział ginekologiczno-położniczy mógł dostać pieniążki z nfz to pacjentki kładzie się tutaj do szpitala na 3 doby. Dlatego każda kobieta od swojego lekarza prowadzącego prędzej czy później dostaje skierowanie do szpitala. Jeśli wszystko jest w porządku z tobą i dzieckiem mówią tak: "Położy się pani na 2 dni, porobimy badania, będziemy pewniejsi".
Jednak po takich słowach pacjentka nie zawsze bez żadnego "ale" zgodziłaby się kłaść do szpitala. Dlatego zawsze muszą postraszyć i wymyślają co może pacjentce dolegać.

Mój pierwszy pobyt w szpitalu (w ogóle w życiu pierwszy pobyt) nastąpił, gdy byłam w 23 tyg. ciąży. Po badaniu lekarz stwierdził, że: "Szyjka się za szybko skraca i macica jest twarda. Położy się pani, porobimy badania, zobaczymy co i jak".
Położyłam się.
Leczenie:
- magnez dożylnie
- no-spa
- ascofer
- asmag
- folik
- nystatyna.

Dwie dziewczyny leżące obok (jedna w 30 tc, druga w 34) także miały diagnozę "krótka szyjka, twarda macica".

Będąc w ciąży po raz pierwszy nie trudno zasiać we mnie lęk. Wtedy lekarz jednak nie wystraszył mnie tak bardzo tym, że z Marysią coś nie tak, tylko tym, że kazał mi iść do szpitala, a ja nigdy nie byłam i bardzo się tego obawiałam.
Teraz natomiast naprawdę mnie wystraszył. Pierwsze słowa po badaniu to były: "oddział" i że dziecko "się pcha".
Najgorsze jest to, że kobieta nigdy nie ma pewności, czy faktycznie jest aż tak źle czy chodzi im tylko o pieniądze z nfz.
To mnie denerwuje najbardziej. Zresztą ze szpitala i tak wyszłam pełna obaw. Nikt mi nie powiedział co mam robić, żeby ta szyjka się nie skracała dalej. Nikt nie poinformował co zakazane a co wskazane.

Nie wiem czy mogę chodzić na dłuższe spacery do lasu. Boję się codziennie, że dziecko coraz bardziej się "pcha". Niepoi mnie każdy ruch, który wyczuwam w najniższej części brzucha. Lękam się, kiedy brzuch ciągnie do dołu. Nie wiem czy takie poczucie w brzuchu jak miałam kiedyś przy zbliżającym się okresie to jest ok, czy już znak, że coś nie tak.

Ale powiem Wam, że właśnie najgorsze jest to, że ich nie interesuje zbytnio wszystko to co mnie martwi i jak tak naprawdę się czuję. Ich interesuje tylko to, że mają pacjentkę na 3 doby i zwrot kasy.
Nie interesuje ich to, że źle czułam się w szpitalu, że płakałam kiedy zostałam sama na sali, że płakałam jak wychodził ode mnie mąż, że czułam się zajebiście samotna i przerażona.
Choć teraz myślę sobie, że za bardzo marudzę, że były dziewczyny z poważniejszymi problemami jak poronienie i że może nie mam prawa tak egoistycznie podchodzić do sprawy. Nie byłam tam jedyną pacjentką. Jednak mógł mnie ktoś choć cokolwiek uświadomić w całej tej sytuacji.

Dziwi mnie, że nikt "z góry" się nie zainteresuje tymi pobytami kobiet w ciąży. Czy naprawdę tamtych w nfz nie zastanawia fakt, że każda kobieta, która rodzi w tym mieście i która ma stąd lekarza prowadzącego leży dwa lub trzy razy w szpitalu i to przed porodem???
Czyżby uwarunkowanie geograficzne sprawiało, że 100% ciężarnych ma problemy z donoszeniem ciąży?
Wiecie jakie mam rozpoznanie wpisane w karcie informacyjnej leczenia szpitalnego? "Poród przedwczesny". Zresztą w obu kartach mam tak wpisane. Inne dziewczyny tak samo.
Czy to normalne?

No nic. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko czerpać wiedzę na temat skracającej się szyjki z internetu.

Przy okazji mam pytanie do Was. Jak odczuwałyście skurcze? Bolało jak na okres? Jak podczas okresu? To było kłucie, rozdzieranie? Wiem, że trudno jest je opisać, ale może cokolwiek przybliżyłybyście mi ten temat... Z góry dziękuję :*

sobota, 21 września 2013

Wróciłam ze szpitala. Marysia nadal w brzuchu :)

Witajcie dziewczyny! 

Wczoraj wróciłam ze szpitala. Nie miałam jednak siły  pisać.
Chyba za dużo chciałabym powiedzieć, a nie chcę zanudzać długimi wpisami...

Ogólnie Wam powiem jak mnie leczono w szpitalu w moim mieście, gdzie polityka jest dość dziwna i chyba nie do końca nastawiona na dobro pacjentki. 

Poszłam sobie do szpitala wieczorem. Przestraszona, że Marysi zachciało się już wychodzić. Wybeczałam się, uspokoiłam i poszłam. 
Od razu badanie ginekologiczne. Z powodu, iż jestem debil, bo zapomniałam, że przed szyjką jest jeszcze pochwa to badanie było dla mnie bolesne.
Przed oczami miałam obraz 1 centymetrowej szyjki i kiedy ginekolog (niezbyt miła) zaczęła rozpakowywać wziernik to się spięłam myśląc: "gdzie ty to kobieto wepchasz?!". No i badanie było bolesne, ale i uświadamiające, że do główki Marysi jest jeszcze kilka cm.
Po badaniu dali mi tabletkę "dowcipną" i podłączyli pod magnez.  Miałam szczęście, że trafiła mi się pielęgniarka, której nie odstraszył wysiłek znalezienia najlepszego dla mnie miejsca na welfron. Dzięki temu magnez nie był taki straszny jak ostatnio, gdzie bolała mnie cała ręka. Magnez skapuje około 10 godzin, dzięki temu, że podłączyły mnie przed 22 to o wiele łatwiej było to znieść, bo w nocy spałam i nawet nie budziłam się ani razu do łazienki. Następnego dnia dostawałam zastrzyki w tyłek (pierwszy raz w życiu) i oprócz nospy, żelaza i "dowcipnej" to nie zrobili ze mną już nic.

Podczas pierwszego obchodu, kiedy lekarz pytał który tydzień powiedziałam (tak jak mi mój gin kazał), że od ostatniej miesiączki 31 tydz., ale po głębszych analizach z moim doktorem doszliśmy do wniosku, że to 33/34. Pytali się o termin porodu, więc znów podałam dwa, że albo połowa listopada, albo koniec października, a ordynator na to: "No to pewnie urodzisz w połowie października". 

Na sali leżałam z jedną dziewczyną, która miała identyczny problem jak ja. Z miesiączki 35 tydz. a z ruchów i USG 37. Tylko nie wiem dokładnie dlaczego, ale jej kazali liczyć jednak od miesiączki. U mnie zostali przy 34 tygodniu.

Nie wiem. Jadę za parę dni na badanie USG 3/4D i zobaczymy jakie tam parametry wyjdą. Lekarzom stąd jakoś nie wierzę w zdolności czytania usg. Tej dziewczynie jedna gin jak robiła to wyszło, że główka 38 tydz. a tułów 35, a drugi gin jak robił to wyszło odwrotnie, że główka 35, a tułów 38. Nie wiem. Zwariować można.

Badań beta HCG nie pokazałam, bo one są najlepiej czytelne jak są robione krótki czas po sobie, kiedy pokazują jak szybko poziom HCG rośnie. Dlatego odpuściłam. 
Zobaczę co pokaże badanie usg 3d. Ale chyba nie pozostaje mi nic innego jak pogodzić się z tą sytuacją jaka jest i po prostu naszykować się psychicznie, że za 3 tyg może godzina zero wybić.
Tyle, że jeśli mam być szczera to boję się, że może to nastąpić już w każdej chwili. Najgorsze jest, że nie wiem czy faktycznie sytuacja jest taka jaką opisał mi mój lekarz, czy musiał mnie trochę nastraszyć, żebym chciała pójść do szpitala. Dlaczego? Dla pieniędzy z nfz, o czym w następnym wpisie... 
Pozdrawiam i dziękuję za wspierające komentarze :*



wtorek, 17 września 2013

Który to w końcu tydzień ciąży k***a m*ć???

Moje wczorajsze obawy dotyczące pójścia do szpitala się sprawdziły :(
Zaraz będę się pakować, ale chciałam jeszcze maznąć o swoich obawach...

Dziś wypadała kolejna wizyta u mojego gina. Przyszłam z wynikami badań (morfologia i mocz) i z tą glukozą co to ją musiałam sobie robić ze 3 tyg. temu.
Postanowiłam powiedzieć lekarzowi o swoich obawach co do tygodni ciąży. Wypytywał mnie o kilka rzeczy (kiedy poczułam ruchy, kiedy była przedostatnia miesiączka itp.). Powiedziałam, że w styczniu grypa mnie siekła i to nieźle, że lutowy okres spóźnił się ponad 10 dni i że robiłam te testy owulacyjne, w okresie co niby to owu miała być, a jej nie było.
Potraktował to wszystko poważnie. Powiedział, że dobrze że mu o tym mówię. Zaczął sam obliczać, wyliczać i doszedł do wniosku, że do zapłodnienia mogło dojsć pod koniec stycznia i zamienił w karcie ciąży termin z 31 tygodnia na 33. Potem poszłam na samolot.
Zbadał mnie wiadomym dla wszystkich sposobem i mówi: "No to pani idzie na oddział. Szyjka ma 1 cm, wyczuwam palcem główkę. Mała się za bardzo pcha, trzeba ją powstrzymać na jakieś 3/4 tygodnie."

Że co???

Mam rodzić za 3 czy 4 tygodnie???

Miało być 8 albo 9! Przecież to naprawdę duża różnica. Nie przygotowałam się na to. Wyprawki nie mam, psychicznie też nie czuję się gotowa! Miało być jeszcze 2 miesiące, całe 2 miesiące, długie dwa miesiące!

Jak przyszłam do domu i teściowa ze szwagierką mnie zapytały to oczywiście opowiedziałam, a opowieść zaczęłam uprzedzeniem "Nie przejmujcie się, że będę płakać, bo inaczej nie umiem".
Mieszkam z nimi od sierpnia i dopiero mnie zaczynają dogłębnie poznawać... :)

Oczywiście mnie pocieszały.
Potem tel. do męża. Oczywiście nie rozumiał co drugiego słowa, bo jak łkam to trudno mnie zrozumieć. No i sms do mojej dobrej koleżanki, że mała się pcha i że idę do szpitala. Ona myślała, że mi wody odeszły i sobie idę z buta do szpitala rodzić :) niezła jest, pozdrawiam Cię G. jak to czytasz i ślę buziaka :*

Potem jak się uspokoiłam to zaczęłam kminić jak to jest z tym terminem. Ginekolog wypisał na skierowaniu, że to jest 33/34 tydzień.
Zaczęłam wszystko zbierać do kupy (co do kupy, uświadomiłam sobie, że realne pampersy zasrane realną kupą to tylko kwestia krótkiego czasu! co również mnie delikatnie przeraziło...) doszłam do wniosku, że to nie może być tak jak on powiedział, że zapłodnienie było pod koniec stycznia, bo 7 lutego robiłam badanie krwi HCG i nie wykazało ciąży!
Niestety przypomniałam sobie o tym badaniu dopiero w domu.

Więc w którym do cholery tygodniu jestem???

Wziełam kalendarz. Pozaznaczałam swoje miesiączki, testy owulacyjne, badania krwi.
I co? Myślicie, że rozwiązałam enigmę? A skąd!

Za cholerę nie mogę do tego dojść. Wydaje mi się, że do zapłodnienia doszło około 14 lutego. Tak czy siak uważam, że jestem do przodu o 2 tyg, czyli dobrze że gin. mi ten termin zmienił.

Ale z drugiej strony jeśli się mylę?
Powiedzieć o tych badaniach HCG czy nie?
Czy już nic nie mówić, liczyć tak jak kazał i już?

Matko, mało tego że  nie znam dnia ani godziny porodu to jeszcze nie wiem, w którym jestem tygodniu ciąży!
Masakra.
Denerwuje mnie wszystko, czego nie da się ogarnąć. Szwagierka mówi, że ona też u siebie do tej pory nie doszła, w którym była tygodniu jak urodziła. Mówiła, że jej koleżanka też taką zagadkę próbowała rozwiązać i też się nie udało.
Kurdę. Ale to przecież różnica całego miesiąca. To szmat czasu. Ja zawsze się na coś psychicznie muszę nastawić, a tu co? Nie zdążę?

Już nic nie wiem.
Jestem tylko zła, że jestem całkowicie ogłupiała jeśli chodzi o ten termin.

No dobra, wyrzuciłam to z siebie. Wypłakałam się. Teraz trza się spakować do szpitala i ...brać na klatę to co będzie...

Chciałam Wam dziewczyny podziękować za Wasze komentarze, za wsparcie :) Wiele to dla mnie znaczy.


To idę. Zobaczymy co się wydarzy... Trzymajcie się. Jak wrócę to od razu zajrzę do Was, całuski :*

poniedziałek, 16 września 2013

Czy nadaję się na matkę? Oto jest pytanie...

Ostatnio mój post był pozytywny i przepełniony miłością. Dziś mam ochotę napisać coś zupełnie odwrotnego.
Właściwie nie wiem czemu. Po prostu jakoś mi smutno.
Jutro wizyta u gina, może się stresuję? Może boję się, że znowu każe mi leżeć w szpitalu...
A może jest mi smutno, bo mój mąż pokłócił się z teściową...?
Nie lubię, kiedy krzyczy i się denerwuje. Nie lubię nerwusów ogólnie (trauma po ojcu) co się ciskają przedmiotami i stają się w sekundę niepoczytalni, zresztą takich każdy chyba nie lubi. Ale ja nie lubię w ogóle konfliktów, kłótni, krzyków. Mimo, iż sama często podnoszę głos (kiedy jestem rozemocjonowana), to nie lubię tego.

Kiedyś czytałam taki artykuł o nadwrażliwcach. Podobno jak się jest nadwrażliwcem to chłonie się emocje innych. Jeśli ktoś jest smutny z otoczenia (koleżanka, znajomy, przyjaciółka) to ten smutek udziela się nadwrażliwcowi. Jak ktoś jest zły, albo wesoły to też.

Myślę, że jestem nadwrażliwa. Niestety ta cecha życia nie ułatwia. I o ile zauważam małe rzeczy, które są dla mnie niewiarygodne i nie mogę się nimi nadziwić, o ile cieszę się z widoku jakiegoś kwiatka czy ptaszka, zachwycam się niebem i wiatrem, to niestety o tyle małe czasem rzeczy potrafią wpędzić mnie w stan załamania. Przejmuję się naprawdę chyba wszystkim. Słowa ludzi (szczególnie te niemiłe) tkwią w czaszce długo. Takich jak ja łatwo doprowadzić jest do płaczu. Łatwo zranić. 

I czy taka osoba nadaje się na matkę?...

sobota, 14 września 2013

Miłość... to dziwna sprawa...

Od początku ciąży częstym słowem, które wydostaje się z mojego aparatu artykulacyjnego jest słowo: (nie, nie poród ;P) "niesamowite".

Obecnie mam dwa serca, cztery ręce, cztery nogi i co najlepsze dwa mózgi! :D 
Dowodem obecności mózgu mojej małej jest zdjęcie USG, więc nikt teraz powiedzieć do mnie nie może "ty bezmózgowcu" :) bo przynajmniej jeden mam.

Ale nie o tym...
Zauważyłam, że wraz ze wzrostem brzucha rośnie uczucie do nienarodzonego jeszcze maleństwa.
Na początku ciąży był szok i niedowierzanie. Potem wielkie wątpliwości, czy damy radę, czy to odpowiedni czas i miejsce...
Potem poczułam sympatię do brzuszka, a jak zobaczyłam pierwsze wierzganie w aparacie USG chyba w 10 tygodniu to zaczęła we mnie rozwijać się miłość. To uczucie rośnie i rośnie. Dziwne, naprawdę dziwne. Ale teraz jestem w stanie na pytanie co czuję do tego dziecka odpowiedzieć, że go kocham! Jak to możliwe?

Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że wszystko teraz, cały świat wygląda inaczej. Jest w nim więcej sensu.

Czy gdyby ciąża trwała krócej to też zdążyłabym zakochać się w mojej Iskiereczce? 
Więź, która nas łączy jest całkowicie wyjątkowa...

Szacun dla natury, że coś takiego wymyśliła :)
I wielkie "dzięki" dla losu, że mogę tego doświadczać... :)

piątek, 13 września 2013

31 tydzień ciąży i powolne odliczanie do godziny zero...

No to pomału zaczyna się nam 31 tydzień. 

Samopoczucie w ciągu dnia: w miarę dobre, w lesie podczas grzybobrania - wyśmienite :)

Samopoczucie w ciągu nocy: pozostawiające wiele do życzenia (problem z zasypianiem, budzenie się w nocy i kłopoty z ponownym zaśnięciem).

Brzuch: ruszający się i falujący w rozmiarze dość dużym.

Zachcianki: jak zwykle słodycze, ale z tym akurat ciąża niewiele ma wspólnego ;)

Koszmary senne: narazie i na szczęście brak.

Obawa przed porodem: narastająca...

Rozstępy: te same co do tej pory.

Waga: nie wiem, czekam, aż we wtorek zważy mnie pielęgniarka.

Nastroje: zmienne, jednak mężuś twierdzi, że i w tym przypadku to nie wina ciąży ;)

Stosunek do męża: wyrzuty, że za mało czasu poświęca na dotykanie brzucha (aczkolwiek nie wiem, czy słusznie mu to wyrzucam... zresztą trudno mi czasem zrozumieć samą siebie... ;/ )

wtorek, 10 września 2013

Duchy, dzieci, kredyty i obraz w wysokiej rozdzielczości

Ta ciąża to niezła jazda! Przespać całą noc spokojnie jest chyba całkowicie wykluczone. Jak nie można zasnąć, bo to boli albo noga, albo plecy, albo jest niewygodnie, albo mała się wierzga niemiłosiernie to jak już człowiek uśnie to cholera koszmary go budzą...

Wyczytałam ostatnio w mądrej książce, że kobiety ciężarne mają bardzo wyraziste sny. I podczas gdy człowiek przeciętnie raz w ciągu nocy śpiąc wchodzi w fazę REM to ciężarówki mogą ją mieć nie raz a kilka razy!
Niesamowite...
Kiedyś interesowałam się możliwościami ludzkiego umysłu i wiem, że aktywność mózgu w czasie fazy REM to najwyższa aktywność jaką może on osiągnąć. To dlatego moje sny są tak realne, że po niektórych trudno mi się pozbierać.
Najgorsze jest to, że moje największe lęki są w tych snach urealnione...  Najstraszniejszy był ten opisany dokładnie na blogu, ale dziś też nieźle się w nocy wystraszyłam. Śniło mi się, że moja siostra miała dar widzenia duchów. Oczywiście ciemna okolica, wszystko dookoła czarne. Ona powiedziała, że duchy są wszędzie. Pytałam z przerażeniem, czy teraz w tym miejscu też, a ona że tak i to jest ich tyle, że nie dałoby rady ich policzyć! Matko, myślałam że skonam z przerażenia. Tym razem obudziłam męża i tym razem mnie od razu przytulił, pocałował, uspokoił :)

Po tym śnie chciałam się rozbudzić, żeby strach przed duchami całkiem minął. No a jak już byłam rozbudzona to trudno było mi znów zasnąć. No ale udało się. I co dalej? Kolejne porypane sny. Nie będę ich wszystkich dokładnie opisywać, wspomnę tylko o kilku wątkach w kilku snach.

Sen nr 2 (bo nr 1 to był o duchach): urodziłam bliźniaki, poród był całkowicie bezbolesny, a dzieci takie duże, że od razu już chodziły ;)
Sen nr 3: brałam ogromny kredyt konsolidacyjny po czym wszystkie pieniądze wpłaciłam na lokatę bardzo wysoko oprocentowaną ;)
Sen nr 4: byliśmy z mężem na weselu, gdzie były tylko paluszki i szukaliśmy swojej koperty co ją daliśmy parze młodej, bo stwierdziliśmy, że za dużo w tej kopercie było jak na takie marne wesele i chcieliśmy stówkę z tej koperty wyjąć ;)

Podczas tak realnych snów, gdzie obraz jest naprawdę wysokiej rozdzielczości to czasami strach zapiera dech a czasem można się nieźle uśmiać.
Jednak wyczytałam, że sen REM daje mniej wypoczynku niż sen wolnofalowy. Może dlatego dziś czuję się pozbawiona wszystkich sił.
Nie poszłam dziś na spacer, bo wybieramy się do lasu na grzyby, to tam się nachodzę. O ile nie padnę pod jakimś drzewem...